Wywiady

Interviews

W poszukiwaniu ziemskiego raju
Krzysztof Demidowicz
Źródło: Film 2004, nr 3
Treść wywiadu
Chłopak ze Śląska. Malarz, pisarz i reżyser. Zafascynowany poezją, metafizyką i alchemią. Wielbiciel twórczości Boscha. Słucha tylko wewnętrznego głosu, który wiedzie go przez Hollywood i Europę.

Krzysztof Demidowicz: „Ogród rozkoszy ziemskich” to ekranizacja Pana powieści „Metafizyka”. Co Pana skłoniło do pisania o sensie życia i tajemnicy śmierci?

Lech Majewski: Przeżyłem moment, w którym znalazłem się oko w oko ze śmiercią. To kompletnie zburzyło moje życie. Zacząłem gorączkowo szukać wyjaśnienia dręczących mnie wątpliwości. Trudno było znaleźć coś, co pomogłoby mi, poza tym, co odkryłem u Seneki w stwierdzeniu, że „umieramy po troszeczku co dzień”. Powieść „Metafizyka” była konsekwencją szamotania się w próżni przez ponad rok. Ale nie mogę powiedzieć, że to przypadek zadecydował o powstaniu tej książki. Pewnie przyśpieszył jej napisanie. Od dawna przymierzałem się do napisania książki o Boschu i poszukiwaniu ziemskiego raju.

Pisał Pan „Metafizykę” z myślą o jej sfilmowaniu? Bohater powieści wyposażony jest w kamerę...

Chyba tak, choć nie było dla mnie oczywiste, że sam będę ekranizował moją powieść. Bardzo „kinowy” jest motyw człowieka, który ma sfilmować wykład na temat malarstwa Boscha, a później zaczyna rejestrować głos i obraz kobiety, autorki wykładu, która stanie się najbliższą mu osobą. Jest tu pewne pokrewieństwo z „Powiększeniem” Antonioniego. Oto powstaje zapis filmowy, ślad trwalszy niż ludzkie życie i pamięć o osobie, która odejdzie.

Bohaterka filmu Claudine studiuje malarstwo Boscha, szukając mistycznego kodu objaśniającego, jak znaleźć raj na ziemi. Z czego wynika ta jej/Pańska fascynacja?

Bosch to Wielka Tajemnica, która działa magnetycznie. Bosch zawarł w swoim dziele wszechświat. A idea uniwersum zawsze mnie pociągała, dlatego w „Angelusie” zająłem się śląską grupą okultystyczną, która w swoich obrazach także próbowała zmieścić „cały świat”. Dziś grzebiemy się w opisach drobnych spraw, w małych doraźnościach, więc tym większe wrażenie robi Bosch.

Partner Claudine, Chris, ów człowiek z kamerą, wytrwale zgłębia matematykę, fizykę i chemię. Jest przekonany, że Siła Wyższa stworzyła świat według precyzyjnego i pięknego wzoru. Nie posądzałem Pana o zainteresowanie tymi dziedzinami.

W liceum edukowano mnie za pomocą bata i młotka i przez lata nie interesowałem się nimi. Ale kiedy uczyłem na uniwersytecie Yale analizy filmowej i miałem sporo wolnego czasu, chodziłem na wykłady z przedmiotów ścisłych. Dzięki naukowcom mówiącym przystępnym językiem odkryłem, ile jest w tym piękna i ukrytych związków ze sztuką. Ot, choćby projektowanie budynków. Jeśli zadanie wykonane jest dobrze, wkraczamy w sferę „matematyki boskiej” z jej finezyjnymi zasadami, złotą liczbą. To prawdziwa poezja.

Bohaterowie tworzą własny „ogród rozkoszy ziemskich”, ale Claudine jest chora na raka i choć stara się odważnie przyjąć los, przeżywa udrękę niepewności, co ją czeka...

Bo to dramatycznie trudne, ale ja wierzę, że możliwe jest wewnętrzne przygotowanie na śmierć, choć przyzwyczailiśmy się spychać problem śmierci na margines świadomości.

A Pan nauczył się myśleć o śmierci bez trwogi?

Wypracowałem sobie pewien rodzaj świadomości, w której jest miejsce na współżycie ze śmiercią, spokojne myślenie o jej nieuchronności. Był czas, że robiłem wszystko, by od niej uciec, a kto wie, czy śmierć nie jest przyjacielem.

Duże wrażenie zrobiła na mnie wykonawczyni głównej roli Claudine Spiteri. Zwraca uwagę niepospolitą urodą, wrażliwością i swobodą gry. Kręcąc kameralny i osobisty film musiał Pan mieć bardzo bliski kontakt z aktorami.

Bardzo lubię taką pracę i lubię aktorów. A wcześniej nieco się ich bałem. To niesamowite, ile oni mogą dać, kiedy w dużym napięciu szukamy czegoś razem. Pracy z aktorami nauczyłem się w Niemczech, realizując przedstawienia teatralne. Dopiero taka solidna robota od podstaw, jakiej wymaga teatr, pozwoliła mi przełamać barierę. Potwierdził to „Wojaczek”, gdzie zaangażowany przeze mnie amator Krzysztof Siwczyk stworzył wyrazistą postać.

W „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” po raz pierwszy posłużył się Pan lekką cyfrową kamerą. Dlaczego?

Zawsze mnie przerażało to, że potrzebna jest potężna aparatura i cały zespół ludzi, by zarejestrować jakąś intymną chwilę. Dobrzy aktorzy potrafią sobie z tym poradzić, wyłączyć się. Jednak gdy maszyneria huczy koło głowy, trudno osiągnąć odpowiedni klimat emocjonalny. A kamera cyfrowa daje zupełnie nowe możliwości kreowania atmosfery i dramaturgii. Czasem zostawiałem kamerę aktorom, by oni sami siebie filmowali. Nazwałem tę technologię „neorealizmem cyfrowym”.
Filmowiec, w przeciwieństwie do malarza czy pisarza, zanim zacznie pracę, skazany jest na wędrówki po różnych instytucjach i wycieranie korytarzy prowadzących do gabinetów „ważnych smoków”. A jak w końcu dostanie fundusze, to musi pędzić pod presją czasu i pieniędzy. W tym filmie po raz pierwszy poczułem swobodę. Mieszkając w Wenecji, gdzie rozgrywa się akcja filmu, mogłem samodzielnie rejestrować pewne sceny, które były mi potrzebne do kompozycji całości. Jako były student Wojciecha Hasa pamiętam jeszcze rosyjskie kamery, gdzie zmiana pozycji wymagała niemal dźwigów. Dla filmowców nadeszły nowe czasy. Kamera, jak pióro, może być w kieszeni, no, powiedzmy, w plecaku.

Pan niedługo po debiucie wyjechał z Polski.

Nie miałem zamiaru wyjeżdżać, ale na wiele lat stałem się przypadkowym emigrantem. Kiedy ogłoszono stan wojenny, byłem w Anglii, gdzie mój debiutancki „Rycerz” bardzo się spodobał m. in. Lindsayowi Andersonowi i Karelowi Reiszowi. Filmowcy angielscy rozpostarli nade mną parasol ochronny, tak jak nad innymi polskimi artystami. Zostałem członkiem związku angielskich reżyserów. Później historia zaczęła kręcić się samoistnie. Moją inscenizację „Odysei” na statku na Tamizie zobaczył producent Michael Hausman. Dzięki niemu nakręciłem „Lot świerkowej gęsi”, który był przeniesieniem śląskiej opowieści o górnikach w realia amerykańskie i „Więźnia Rio” o Ronaldzie Biggsie, mózgu angielskiego napadu stulecia.

Jak od tamtej pory zmieniło się Pana spojrzenie na własne miejsce w kinie?

Po zrobieniu komercyjnego „Więźnia Rio” zdałem sobie sprawę, że to nie jest moja konkurencja, mówiąc sportowym językiem. Chciałem trzymać się estetyki bliższej „Rycerzowi”. Powróciłem do niej w „Ewangelii według Harry’ego”, która powstała w studiu Davida Lyncha. Nawiasem mówiąc zagrał w niej niezbyt znany aktor Viggo Mortensen. Teraz Viggo jest „władcą pierścieni”.

Pan nie myślał o komercyjnej karierze?

Kino jest inne niż 30 lat temu. Minęły czasy „Ojców chrzestnych”, którzy połączyli artystyczną wielkość z sukcesem kasowym. Oczywiście zdarzają się wyjątki takie jak „Blue Velvet”, „Barton Fink”, „Pulp Fiction”. Idę tam, gdzie mnie prowadzi mój wewnętrzny przymus. On mnie wiedzie przez różne kraje, gatunki, formy. Czy coś z tego, co robię, staje się wydarzeniem, nie wiem. Chcę iść za tym głosem. Dobrze byłoby zdobywać czasem międzynarodową publiczność, zarabiać wielkie pieniądze, ale tylko w zgodzie z tym wewnętrznym głosem.

Pana ostatnie zrealizowane w Polsce filmy, „Wojaczek” i „Angelus”, były powrotem do śląskiej krainy dzieciństwa i młodości.

Kocham Śląsk i moje rodzinne Katowice. Pamiętam ów świat jako cudowną enklawę odrębności, objawiającej się w strojach, w barwnym mięsistym języku, w muzyce i codziennych obyczajach. Chociaż mam paszport amerykański to jednak wciąż traktuję Śląsk jako swoją małą ojczyznę.

Jak śląskie dorastanie zaciążyło na Pana życiu?

Śląsk był i jest prowincją. Ale myślę, że młody człowiek wychowujący się na prowincji ma wielką ciekawość świata, a zarazem siłę, by zmieniać swoje życie.

Jest Pan nie tylko reżyserem, ale i kinomanem. Jako student wydał Pan książkę o Fellinim. Wraca Pan dziś do starych mistrzów?

Bez przerwy. W Paryżu na Saint Germain i w okolicach Sorbony stale można oglądać filmy Felliniego, Resnaisa, Pasoliniego. To istna „kraina rozkoszy ziemskich”.