Wywiady

Interviews

Bez kompromisu
Dagmara Romanowska
Źródło: Onet.pl
Treść wywiadu
"Angelus" opowiada historię grupy górników, którzy zainteresowali się wiedzą tajemną. Razem ze swoim przywódcą, Teofilem Ociepką (Jan Siodlaczek) wspólnie rozszyfrowują astrologiczną przepowiednię swojego mistrza, mówiącą, iż w Ziemię wkrótce uderzy promień z Saturna, który zniszczy świat. Znajdują sposób, aby temu zapobiec. O swojej fascynacji okultyzmem, Śląskiem i robieniem filmów zgodził się z nami porozmawiać scenarzysta i reżyser - Lech Majewski.

Do realizacji "Angelusa" zainspirowała Pana autentyczna historia janowskiej grupy okultystycznej. W jaki sposób Pan na nią natrafił?

Dał mi ją do ręki mój zmarły przyjaciel i współscenarzysta - Ireneusz Siwiński, a z drugiej strony Tadeusz Słobodzianek wspomniał, że coś takiego istnieje, że powinienem się tym zająć. Ale to przede wszystkim Ireneusz Siwiński zgromadził materiały na ten temat i znając moje zainteresowania okultyzmem, mistyką i ezoterią, nakłonił mnie do zrobienia filmu. Z entuzjazmem opowiadał mi o tym, co działo się pod naszym nosem na Śląsku. Obaj urodziliśmy się w Katowicach i wiedzieliśmy, że był to przed wojną prężny ośrodek wiedzy duchowej i sporo osób, które zajmowały się tym we Lwowie po II wojnie światowej przeniosło się właśnie na Śląsk. W Katowicach były niezwykłe antykwariaty pełne tajemniczych i trudno dostępnych książek. Zawsze chciałem zrobić na ten temat film, ale trudno mi było znaleźć odpowiednie medium, bowiem o tych rzeczach jest strasznie trudno mówić, szczególnie w kinie. Kino jest bardzo konkretne, nie znosi abstrakcji. To trochę tak, jak powiedział [Siergiej - DR] Eisenstein: w kinie nie można przedstawić zwierzęcia, bo albo jest to koń albo świnia. Ponieważ abstrakcja jest bardzo istotnym elementem w ezoterii, nie miałem klucza, sposobu na uchwycenie tego. Nagle, pomyślałem o tych górnikach wychodzących z czarnej dziury w ziemi i rozprawiających o Niebie - sam ten obraz był taką wertykalną kolumną łączącą wnętrze Ziemi z Kosmosem. Ten promień z Saturna rozbijał Ziemię na trzy obszary. Mówimy tu przecież o Janowie - mieście na granicy trzech cesarstw: niemieckiego, rosyjskiego i austrowęgierskiego.

Często powtarza Pan, że Śląsk, a Janów w szczególności, to miejsce niezwykłe. Dlaczego?

Nie wiem dlaczego. Był tutaj Hindus, który występował z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia i dosłownie stwierdził, że w Katowicach jest niezwykłe promieniowanie duchowe. Na tej ziemi panuje tradycja; przemysł, przemysł, przemysł, maszyneria pożerająca ludzi. Nagle w takim klimacie, mrocznym i czarnym, pojawia się kwiat lotosu - rośnie w pyle, sadzy i żużlu. Sztuka potrzebuje kontrastu, napięcia między dwoma polami, żeby w umysłach ludzi przepływała elektryczność. Historia grupy janowskiej, mówienie o kosmicznych sprawach w górniczej gwarze - samo w sobie było dla mnie niezwykłe i unikalne.

Nie jest Pan jedynym autorem scenariusza "Angelusa".

Byłem wspomagany z dwóch stron. Z jednej przez Ireneusza Siwińskiego - zrobił research i zdobył mnóstwo materiałów oraz miał też pełno bardzo dobrych pomysłów dotyczących tego scenariusza. A z drugiej strony był poeta krakowski - Bronisław Maj, który ma niezwykle ostre, cięte pióro. W trójkę siedzieliśmy i wymyślaliśmy sceny. Niestety podczas naszej pracy tragicznie zmarł, w wypadku samochodowym, Ireneusz Siwiński. Musieliśmy pociągnąć to razem z Majem.

"Angelus" nazywany bywa śląskim "Sto lat samotności". Czy literatura z kręgu realizmu magicznego, twórczość Gabriela Garcii Marqueza, rzeczywiście stanowiła dla Pana dodatkową inspirację?

To było naturalne. Opieramy się o obrazy, które grupa malowała i, siłą rzeczy, były one materializacją sił duchowych. Musieliśmy je również zmaterializować na potrzeby kina. Pojawiają się tam różni święci, aniołowie - cała plejada z wyjątkiem stworów Ociepki - to zostało już delegowane do samego płótna.

Śląsk w kinie polskim do tej pory przedstawiany był przede wszystkim przez Kazimierza Kutza. Dostrzegał on, posługując się pewnego rodzaju uproszczeniem, jego dramatyzm. Pan odnalazł w nim metafizykę.

Kutz jest dla mnie bardzo ważnym przeżyciem, bo i "Sól ziemi czarnej" i, może w mniejszym stopniu, "Perła w koronie" zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Kutzowi należy się szacunek chociażby za to, że był pierwszym chyba etnicznym twórcą w polskim kinie, że teraz niemal jest to synonimem: Kutz równa się Śląsk, Śląsk równa się Kutz. Kutz załatwiał sprawę przynależności Śląska do Polski. Jego filmy przesiąknięte są duchem patriotyzmu. A moja historia koncentruje się na innej płaszczyźnie. Tu kwestie narodowe w ogóle nie są poruszane, chociaż wiem, że członkowie Stowarzyszenia Ślązaków, którzy walczą o uznanie narodowości śląskiej w Strasburgu, będą używali mojego filmu jako koronnego dowodu na to, że taka narodowość istnieje i posiada odrębne język, kulturę i zwyczaje. Ale mnie bardziej interesował człowiek, niby zniszczony, zgwałcony i przeżarty przez industrię, a jednocześnie broniący się metafizyką. Nawet jeżeli ma ona charakter przyziemny, prymitywny, skrzeczący, trywialny, to dla mnie jest to jednak niebywałe. Sancho Pansa zaczyna pisać wiersze i dotykać spraw transcendentnych: ten moment w jednostce, który, że tak powiem górnolotnie, chciałbym opiewać. W tym momencie zaczyna się dla mnie dramat i bohaterstwo.

Pański poprzedni film - "Wojaczek" był zarówno w wymowie, jak i w samej formie dość pesymistyczny, na swój sposób mroczny. "Angelus" przeciwnie - posiada wymiar o wiele bardziej optymistyczny. Skąd takie przejście?

Ja się w ten sposób nie zastanawiam. Projekty wypływają ze mnie, znajdują światło dzienne i potem - jak rośliny rosną. Jedne z nich ciągle nie mogą doczekać się finansowania, inne tak. To już jest zbieg okoliczności, czy też jak mówi Leibniz - nie ma zbiegu okoliczności, przypadków, są tylko prawa, których nie znamy. Ja nie znam tego prawa. Ja tylko staram się robić filmy zgodne z tym, co pragnę. I różnie bywa. Jedne z moich filmów, np. "Ewangelia według Harry'ego", kompletnie nie znajdują swojej widowni, inne, tak jak "Wojaczek" cieszą się niebywałym wzięciem na całym świecie. To jest film, który, paradoksalnie, mimo że wydawało się, że jest najbardziej ezoterycznym i zamkniętym, hermetycznym obrazem, okazał się niemalże masowy. Tego fenomenu nigdy nie zrozumiem. Jestem w szoku, aczkolwiek robiłem "Wojaczka" bez żadnych aspiracji do masowości czy też popularności. Na dobrą sprawę miała odbyć się jedna projekcja po północy w drugim programie telewizji - dla takich "hard-corowców", którzy kochają poezję. A tu okazało się, że film dostał także dystrybucję kinową, mało tego, poszedł w świat. Wszyscy jego twórcy zostali członkami głosującymi Europejskiej Akademii Filmowej, a amator, który odtwarzał rolę Wojaczka został nominowany do głównej nagrody aktorskiej.

Amatorów zaangażował Pan także w "Angelusie". W jaki sposób ich Pan znajduje, a potem z nimi pracuje?

Instynkt. Chodzę, rozglądam się, szukam, patrzę, potem prowokuję ludzi do różnych scenek. Widzę, jak reagują, jaki mają refleks, czy mają naturalne poczucie dowcipu. Patrzę, czy ktoś jest sztywny, czy jest martwy, czy żyje. Bo mniej więcej można przeprowadzić taki podział między martwych i żywych wewnętrznie. Dla mnie istotne jest, żeby ten ktoś był żywy wewnętrznie. Potem - tylko kwestia techniki, której nauczyłem się pracując z aktorami w różnych krajach. Robiłem filmy, spektakle i opery w Niemczech, USA, Anglii, Brazylii i we Włoszech. Suma tych doświadczeń pozwala mi teraz na nauczanie ludzi, których prowadzę jako reżyser, jak pozbyć się tego balastu, jakim jest autocenzura przed kamerą, paraliżu, który nie pozwala się im otworzyć.

W zachowaniu ich naturalności w "Angelusie" z pewnością pomogło zachowanie ich gwary. Czy nie obawiał się Pan jednak, iż przy późniejszym odbiorze widzowie mogą mieć pewne kłopoty ze zrozumieniem filmu, jego dialogów?

O takie rzeczy się w ogóle nie obawiam. Zastanawiam się tylko czy coś jest koherentne, czy należy do tego świata, czy nie. I właśnie, trochę może za bardzo, jestem bezkompromisowy, jeżeli chodzi o masowego widza. W związku z tym nie mam dużej widowni, aczkolwiek ta, która jest - jest bardzo ciekawa. Spotkania z nią są zawsze niezwykłe.

Pański najbliższy projekt?

Nie ma niczego takiego. To się musi najpierw wydarzyć, żeby o tym opowiadać. Uważam, że nie należy mówić, nawet nie po to, żeby nie zapeszyć, chociaż to też ma chyba jakiś sens, ale - nie krzyczy się na rosnącą roślinę. Ona musi sobie rosnąć, aż przyjdzie jej czas.

Dziękuję za rozmowę.