Wywiady

Interviews

Gazeta Wyborcza 6.08.2010
Danuta Majka
Źródło: Gazeta Wyborcza
Treść wywiadu
Danuta Majka: Kiedy zobaczymy „Młyn i krzyż”?

Lech Majewski: - Myślę, że na przełomie jesieni i zimy. Bezustannie trwają prace postprodukcyjne. To niezwykle skomplikowany proces budowania pejzaży i przestrzeni obrazów Petera Bruegla, w której zatopieni są główni bohaterowie. Później będziemy przenosić to wszystko na taśmę filmową. Mija już drugi rok pracy nad postprodukcją filmu, bowiem zdjęcia skończyliśmy w listopadzie 2008. Pewno gdyby film miał większy budżet, to moglibyśmy zatrudnić większą liczbę osób, uruchomić więcej komputerów, gdyż potrzebujemy wielkich mocy przeliczeniowych - żeby przeliczyć ujęcie, które ma 6 tysięcy klatek i 147 warstw potrzeba wielu dni.

Zdjęcia są więc nadal w komputerach, co się z nimi dzieje?

- One już żyją własnym życiem, spotykają się tam ze sobą, romansują, reprodukują (śmiech). Poszczególne warstwy są ze sobą stapiane przy pomocy technik komputerowych. Bruegel namalował swój obraz używając sześciu perspektyw. My, żeby zbudować tło, kręciliśmy różne fragmenty pejzażu, które odpowiadały danej perspektywie w danym punkcie obrazu. Potem te pejzaże są ze sobą wiązane tak, żeby nie było to widoczne dla oka. A w dalszych planach używane są elementy prawdziwego obrazu Petera Bruegla. Z kolei niebo nakręciliśmy w Nowej Zelandii, dlatego że chmury nad Wyspą Południową są niezwykle piękne, malarskie, takie jakby malował je Bruegel. Mieszamy te chmury z Nowej Zelandii z tymi, które są na obrazie Petera Bruegla w różnych proporcjach i animujemy je. Więc każda z tych warstw plus ich oświetlanie, dodawanie lub odejmowanie światłocienia, wydłuża czas obróbki komputerowej.

Jaki będzie ten film, czego widz ma się spodziewać po masie zabiegów technicznych i nowych technologii, które zostały użyte?

- Widz pomyśli przede wszystkim jak wiele życia kryje w sobie obraz wiszący w muzeum. Jaką zawiera kondensację, skroplenie przestrzeni, ilość wiedzy, pracy, którą malarz musiał zmieścić na małej powierzchni zamkniętej w ramach.

Mówi pan o plastyczności filmu „Młyn i krzyż”, a jaką opowieść on w sobie zawiera?

- Ta opowieść ma wiele wymiarów. Obraz Petera Bruegla przedstawia drogę na Kalwarię, czyli temat znany, ale ujęcie tematu jest wyjątkowe. Zwykle mamy na pierwszym planie postać Ukrzyżowanego, a cała reszta gubi się gdzieś tam w tle. Tu jest odwrotnie i na pierwszym planie wagi nabierają sceny codzienne, przez które trzeba się długo przedzierać, wejść w ten labirynt, żeby odnaleźć Chrystusa. Bruegel-filozof mówi nam, że najważniejsze wydarzenia w historii świata, jak śmierć Saula, czy upadek Ikara, albo właśnie ukrzyżowanie, toczyły się gdzieś poza powszechną wiedzą społeczeństwa. Toczyły się w ukryciu i dopiero post factum wypływały na światło dzienne. Stawały się przyczynkiem legendy, mitu, religii; uzyskiwały swoją pomnikowość. Natomiast w momencie, w którym się zdarzały, nie były widoczne. Nie zauważylibyśmy też dziś kolejnego ukrzyżowania, upadku Ikara… Lecz nie chciałbym za wiele ujawniać, bo kto będzie chciał, to dotrze do głębszych warstw. Miałem już serię wstępnych projekcji i szeroka publiczność testowa odczytała kody. Dyskusja była bardzo zażarta, więc myślę, że film pobudzi widzów do odczuwania i rozmyślań.

Pierwszą inspiracją dla pana był tekst Michaela Gibsona czy obraz Breugela „Droga na Kalwarię”?

- Zainspirował mnie Gibson. Obraz Bruegla widziałem wcześniej, ale nie dostrzegłem w nim tego, co zobaczył w nim Gibson. Esej Gibsona to głęboka analiza, która teraz ukazała się w Polsce pod tytułem „Bruegel – Młyn i krzyż” w ekskluzywnym wydaniu albumowym, a przed dwoma tygodniami jej angielski odpowiednik miał premierę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Tekst Gibsona jest tak piękny, lancetowy, chirurgiczny, że otworzył mnie na wielość wymiarów jednego obrazu, jednego malarza i na tyle uruchomił moją wyobraźnię, że podjąłem się znalezienia jego ekwiwalentu wizualnego, kinowego.

Zaskoczył mnie pan, że inspiracją było słowo nie obraz.

- Ale słowo opisujące obraz. Szczerze powiedziawszy ten obraz Bruegla jakoś mi wcześniej umykał. Mój zachwyt nad Brueglem to była zawsze „Wieża Babel”, „Zima”, „Wojna postu z karnawałem”, „Upadek Ikara”. „Droga na Kalwarię” gdzieś mi się ukryła i dopiero lektura Gibsona sprawiła, że ten obraz wyskoczył na mnie z całą mocą.

Pamięta pan pierwszy obraz Bruegla, który zrobił na panu wrażenie?

- Wydaje mi się, że pierwszy kontakt z Brueglem miałem poprzez szkolną czytankę. Była taka czytanka o „Upadku Ikara”…

A kiedy zobaczył pan obrazy Bruegla w muzeum...

- ...byłem zachwycony. Jako młody człowiek często jeździłem do Wenecji, miałem tam wujka, który uczył w konserwatorium i na wakacje mieliśmy jego weneckie mieszkanie. Zawsze jechałem pociągiem z Katowic do Wiednia, tam spędzałem cały dzień w Kunsthistorisches Museum, głównie w sali X, czyli w sali Bruegla i wieczorem wyjeżdżałem pociągiem do Wenecji.

„Wieża Babel” jest bardzo metaforyczna, więc rozumiem, ale co pana w „Zimie” tak zafascynowało?

- Wystarczy patrzeć i słyszy się chrzęst śniegu. To jest poza słowami i na tym właśnie polega tajemnica wielkiej sztuki. Chrzęst śniegu, ta jaskółka zatrzymana na zielonkawym niebie. Ludzie w oddali na zamarzniętych stawach. Kwintesencja zimy. Tarkowski to potem świetnie oddał w „Zwierciadle”. Zresztą w „Solaris” też używał tego obrazu.

Gibson powiedział, że ma pan bruegelowską duszę, jak pan to rozumie?

- Kiedy Gibson oglądał „Angelusa” dostrzegł w nim estetykę, klimaty, które on znajduje w Bruegelu.

Wizualnie czy w warstwie symbolicznej?

- Jedno i drugie chyba, trzeba by już zapytać Gibsona.

Dlaczego wybrał pan plenery w Polsce?

- Bo Jura Krakowsko-Częstochowska najlepiej się do tego nadaje, a szukaliśmy tych plenerów w różnych miejscach. Polska w ogóle ma niesamowite plenery. Nie zapomnę jak szukaliśmy pustyni do „Ewangelii według Harry’ego” w Arizonie, Utah, braliśmy pod uwagę pustynie Nowego Meksyku, Newady, a skończyłem na kręceniu pustyni w Łebie. Bo to była najlepsza i najprawdziwsza pustynia.

Rutger Hauer? To była pierwsza myśl, że to Bruegel?

- Tak. Sam fakt, że jest Holendrem, więc z pobliża tego świata. Poza tym ma teraz taką wyrzeźbioną twarz - zacząłem go kojarzyć z Brueglem - to był pierwszy strzał i on od razu się zgodził.

Choć nie znał pańskich filmów.

- Ale przeczytał scenariusz. Natomiast Michael York i Charlotte Rampling znali moje filmy i już wcześniej chcieli ze mną współpracować. Charlotte Rampling jest wielką fanką „Pokoju saren”, po obejrzeniu mojej wideoinstalacji w muzeum Jeu de Paume w Paryżu napisała do mnie, żebym o niej pomyślał przy następnym projekcie. Natomiast York razem z żoną, uznaną fotograficzką, widzieli moją retrospektywę w USA.

Jaką muzykę usłyszymy w „Młynie i krzyżu”?

- Zwykle komponuję z Józefem Skrzekiem. Od czasów naszej wspólnej opery „Pokój saren” jesteśmy tandemem kompozytorskim, toteż razem napisaliśmy muzykę do filmu „Młyn i krzyż”. Pewne elementy skomponowałem wcześniej sam, kiedy przygotowywałem inscenizację „Snu nocy letniej” w Niemczech i na sceny chłopskie narzuciłem estetykę Bruegla. Wtedy skomponowałem również chłopski motyw muzyczny, który teraz zacytowałem w „Młynie i krzyżu”.