Wywiady

Interviews

Hollywood, Red Army Street
Marek Baster
Źródło: Skarbiec-slaski.itatis.pl
Treść wywiadu
Lech Majewski – poeta, reżyser i producent filmowy. Od końca lat 70. w USA. Autor m. in. „Rycerza”, „Więźnia Rio”, „Ewangelii wg Harry`ego”, „Wojaczka”, „Angleusa”. Założyciel Stowarzyszenia Angelus Silesius. Ciągle w rozjazdach, bywa w Katowicach.

Pamiętam, jak w 1992 roku przysłał pan z Ameryki do miesięcznika filmowego „Premiera” tekst. Jest późny wieczór. Stoi pan na balkonie swojej willi i patrzy na wzgórza Hollywoodu. Niżej mieszka Jack Nicholson, słychać ujadanie jego ulubionego psa. W willi opodal służący przykuwa Marlona Brando do łóżka, jak co wieczór, żeby pryncypał nie objadał się w nocy... Nasz człowiek, chłopak z Katowic, w stolicy kina. Czytane w Polsce, musiało to brzmieć jak spełnienie snu o karierze.

- To jest opis. A pytanie?

Pytanie brzmi: czy małe miasta, a Katowice naprzeciw Ameryki to przecież wieś, więc czy małe miasta są, jak mawiał Fellini, tylko po to, żeby z nich wyjeżdżać?

- Trudno mi mówić o moim życiu w kategoriach kariery czy braku kariery, bo nie znam skali. Co to znaczy - kariera? Michael Jackson zrobił karierę.

Katarzyna Figura też ponoć zrobiła karierę.

- No comments.

Powiedzmy, że jest pan między Figurą a Jacksonem.

- To musiałbym być szympansem.... A poważnie: ja nigdy nie chciałem wyjeżdżać z Polski. Zmusiła mnie do tego sytuacja osobista i polityczna zarazem. Moje pierwsze prace zostały w Polsce fatalnie przyjęte. „Rycerz” miał niedobrą prasę. W Teatrze Powszechnym w Warszawie szykowałem „Edypa” - w ostatnim momencie zlikwidowano produkcję. U Szajny „Odyseję”, i nie wyszło. Tylko BBC zdążyła nakręcić o tym relację, co mi potem w Anglii dobrze pamiętano. Wyszła moja pierwsza powieść i jakoś też cicho... Miałem wrażenie klęski. Na premierze „Rycerza”, która odbywała się na festiwalu w Gdańsku, puszczono film o dziesiątej rano: to oznacza wyrok śmierci, bo wszyscy o tej porze śpią i leczą kaca, a nie oglądają filmy. Przynajmniej w tamtych czasach tak było. Na szczęście byli na miejscu Anglicy, dali wspaniałą recenzję i zaprosili mnie na festiwal do Cambridge. Tam poznałem wybitnych filmowców, którzy mnie brali w ramiona, ściskali i gratulowali pięknego filmu. Pomagał mi Lindsay Anderson. Karel Reisz do tej pory interesuje się moimi losami. Bardzo gorące było to przyjęcie i właściwe angielskim reżyserom zawdzięczam, że mogłem zacząć coś robić na Zachodzie. To oni załatwili mi labour permit i tak zacząłem pracę nad adaptacją „Odysei”, która mi nie wyszła u Szajny.

Myślał pan o tym wszystkim, co zostawił za plecami: czekajcie, teraz wam pokażę?

- Zacząłem przygotowywać koprodukcję polsko-brytyjską na podstawie „Kasztanaji”, mojej młodzieńczej powieści o Katowicach. Producentem miał być Jerzy Hoffman. Rzecz dzieje się na Koszutce i zaludniona jest prawdziwymi postaciami, trochę takimi wałkoniami jak u Felliniego, tylko w wydaniu katowickim. Chciałem mieć do tego muzykę Beatlesów. Mieliśmy kręcić w górniczej dzielnicy Leeds. Nawet zatrudniłem do filmu górnika, który grał u Kena Loacha w filmie „Kes”. Nazywał się Freddie Fletcher. A kiedy projekt padł, Freddie Fletcher został tylko jako nazwisko w „Locie świerkowej gęsi”, który stał się już filmem amerykańskim.

I tak temat z Katowic przetransponował się do Leeds, a stamtąd powędrował do Pittsburga, czy może w jakimś sensie dalej - do Hollywoodu.

- Długa podróż katowickiego tematu... W tym czasie coś jeszcze się wydarzyło: wojna polsko-jaruzelska. Zamrożenie. Dla mnie było jasne, że w kraju następuje neostalinizm kulturalny, więc postanowiłem zostać. Taki był ton wszystkich rozmów - że nawet nie wypada w Polsce pracować. A że w Polsce odnosiłem klęskę za klęską, więc te klęski razem stały się katapultą. Nic mnie tu nie trzymało. Nawet debiutu za „Rycerza” nie chciano mi przyznać, a to wówczas był niezbędny krok, żeby funkcjonować dalej w zawodzie. Gdyby nie postawa Agnieszki Holland, która przyszła o ósmej rano na projekcję i wybroniła mnie przed Kołem Reżyserów, w ogóle bym debiutu nie dostał. Byłem poparzony. I byłem za młody, żeby się tym nie przejmować. Skoro zostałem wyrzucony poza orbitę, to do widzenia.

Zawziął się pan. Inni też się zawzięli.

- O wiele silniej przechodził to Rybczyński. Wcześniej, w pewnym sensie i Polański. Mamy w sobie jakiś syndrom skopanego - inaczej niż we Francji, gdzie się cieszą z zagranicznych sukcesów swoich rodaków, inaczej niż we Włoszech, gdzie się cieszą z sukcesów Włochów. U Polaków jest odwrotnie. Wielu moich kolegów z Nowego Jorku czy Los Angeles do dziś kontempluje powrót do kraju, ale obawiają się, że usłyszą: oj, chyba nie wyszło, skoro wróciłeś. Stąd te wszystkie zasłony dymne o karierach... Ja przez kilka lat miałem okres odwrócenia się od Polski i Polaków. Odmawiałem jakichkolwiek wywiadów, nawet do prasy polonijnej. Chciałem się kompletnie odsunąć. Aż Janusz Kapusta z Czesławem Czaplińskim namówili mnie do wywiadu dla „Nowego Dziennika” Bolesława Wierzbiańskiego. I tak się złożyło, że po tym wywiadzie dostałem propozycję robienia „Więźnia Rio”.

Nie miał pan kompleksów w Ameryce? Wieżowce na Manhattanie są nieco wyższe niż blok Superjednostki w Katowicach.

- Przeciwnie, tam dopiero dostałem poweru. Być może w ogóle Polacy w Ameryce mają power. Ze statystyk wynika, że spośród wszystkich grup etnicznych Polacy zajmują drugą pozycję pod względem majątkowym. Z rzadkich kontaktów, jakie miałem z Polonią, potwierdzam, że tak rzeczywiście jest. Może dlatego, że wiedzą, jak wykorzystać negatywne doświadczenie socjalizmu? Tylko w polityce nie stanowią żadnej siły.

Wyjście stąd, z takiego regionu, pomaga czy przeszkadza?

- Wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Byłem z Polski, czyli znikąd. Ameryka nie zna Polaków. Miłosz jest znany w wąskim kręgu akademickim. Szymborska? Kto to jest? Jak pan powie: Polański, to już coś się kojarzy starszemu pokoleniu. Przeciętny Amerykanin nie ma pojęcia, że papież jest Polakiem. Górecki - to chyba jedyny człowiek, o którym można powiedzieć, że zrobił niebywałą karierę w Ameryce.

Przecież czuje się pan związany ze Śląskiem.

- Tak naprawdę z tym regionem zaczynam się czuć związany w ostatnich latach. Oczywiście, mój debiut był w pewnym sensie śląski, „Kasztanaja” dzieje się tu i jest po śląsku napisana. Ale proszę zauważyć, że ja funkcjonuję właściwie poza Śląskiem. To dla mnie przedziwne, że nie ma tu dla mnie miejsca. Nie wiem, czy to kara za wyjazd? Czy może nagroda, bo funkcjonowanie wśród pewnych nazwisk byłoby karą? Gwarantuję panu, że gdyby się ukazała antologia pisarzy śląskich, nigdy by mnie w niej nie umieszczono. A jestem jednym z nielicznych ludzi, którzy pisali po śląsku. Jeśli przestudiować książkę, która jest dorobkiem mojego życia, to znaczy „Pielgrzymkę do grobu Brigitte Bardot Cudownej”, to jest w niej masa śląskich czy katowickich koneksji. Odbitych w oczach świata, bo przecież jest tam i Rabindranath Tagore, i Beatlesi, i tytułowa Bardot, wszystko się dzieje w fikcyjnym hotelu weneckim, ale jednocześnie jest tam cała plejada postaci i wydarzeń ze Śląska. Z mojego życia.

To znaczy, że trzeba było t a m pojechać, żeby zobaczyć to, co t u t a j?

- Nie wiem, co byłoby ze mną, gdybym został.

Ale tego gniewu by pan nie miał.

- On nie ustępuje. Mało tego, kiedy rozmawiam z Góreckim, widzę u niego ten sam gniew. Pewnie jest on twórczy...

Urodził się pan tutaj.

- Nie jestem Ślązakiem. Urodziłem się tutaj i czy tego chcę, czy nie chcę, stałem się Ślązakiem. Mało tego, ja się urodziłem parę miesięcy po tym, jak Katowice przemianowano na Stalinogród. I to przy ulicy Armii Czerwonej! Jak dostawałem obywatelstwo amerykańskie, wielki Murzyn zajrzał do tłumaczenia mojej metryki, a tam stało: Red Army Street, Stalinogrod. Uśmiechnął i powiada: You are russki! Ja mówię: Nie, nie I`m polski! Polak! A on, że to niemożliwe, i wyciąga grubą knigę z nazwami miast. Puknął palcem: Stalingrad! Russia! Musiałem mu tłumaczyć, że to genialny Morcinek wpadł na taki obłędny pomysł... Więc Śląsk stał się siłą rzeczy moim wewnętrznym pejzażem. Całe moje dzieciństwo spędziłem wśród Ślązaków. Dojrzewanie, pierwsza miłość...

Ładna?

- Ona nie była śląska, ona była angielska! Miała matkę Angielkę, która wyszła za mąż za Polaka ze Lwowa. To tylko się działo w Katowicach. Chyba teraz mieszka w Anglii. Wtedy zresztą wszystko w Katowicach było angielskie - Beatlesi, Stonesi i Simon Templare, na którym się uczyłem całować (śmiech). Wie pan, ja jestem Ślązakiem z przypadku, można powiedzieć. Chociaż, jak mówi Leibnitz, nie ma przypadków, są tylko prawa, których nie znamy. A teraz, po latach, po tym moim kompletnym wyizolowaniu się z Polski, jak przełamałem barierę...

Co się odezwało?

- Że człowiek nie ucieknie. Że nawet jak się ucieka, to tam nic nie ma. Że człowiek jest stąd, skąd jest. Musi się znaleźć i opowiedzieć. Ja się tu urodziłem, a nie na Florydzie czy w Kalifornii. Nigdy nie będę chłopcem z Hollywood. Jestem chłopakiem stąd.

I nareszcie mógł się pan wziąć za opowieść o chłopaku stąd.

- Przed „Wojaczkiem” był „Basquiat”. A zabrałem się za Basquiata tylko dlatego, że był wcześniej Wojaczek. Żyłem mitem Wojaczka, to był bardzo ważny poeta mojej młodości, przenikał mnie i wstrząsał. Kiedy umarł Basquiat, skojarzyłem, że był takim amerykańskim Wojaczkiem. Wojaczkiem lat osiemdziesiątych, żyjącym w Stanach. Dlatego zabrałem się za jego historię - poczułem w nim takiego samego buntownika. Kiedy poszliśmy z Dennisem Hopperem na spotkanie z producentem, zapytali mnie obaj, do czego bym porównał historię Basquiata? Ja mówię: do Wojaczka! Im to oczywiście nic nie mówiło. Wtedy przypomniałem im film „Znikający punkt”, o facecie, który gna przez Amerykę, bo się założył, że w piętnaście godzin dostarczy białego dodge`a challengera do San Francisco. Film bardzo prosty, o wolności. O konflikcie człowieka z barierami narzuconymi przez społeczeństwo. O taką barierę, dosłownie, bohater na koniec uderza. I nieprzypadkowo ma na imię Kowalski... Powiedziałem: Basquiat to taki Kowalski, który jedzie przez świat sztuki Nowego Jorku, żeby się roztrzaskać. Podobnie Wojaczek. Oni nawet używali między sobą powiedzenia ze slangu młodzieżowego „mieć jazdę”, z jakimś wielkim ładunkiem motoryczności. Zawsze się jedzie w życiu dokądś, a prawdziwa jazda się kończy w roztrzaskaniu, materia się niweluje i wszystko wraca do początku... Trzy lata chodziłem za tym filmem. Nikt nie chciał wyprodukować obrazu o bohaterze, który bierze heroinę i umiera w wieku 27 lat. Wszyscy uznali, że naruszałoby to prywatność żyjących osób, które brały udział w ostrym życiu Basquiata. Trzeba było stępić scenariusz, wyrzucić stany chorobowe i skrajności. Ingerencja posunęła się tak daleko, że wycofałem się. Powstał film nieco mdły, romantyczna ballada. Ale wciąż jestem jego współproducentem, a film stał się znany. W Niemczech, we Francji to film kultowy. Więc pomyślałem sobie, że skoro Basquiat wędruje przez ekrany na całym świecie, warto złożyć hołd mojemu oryginalnemu bohaterowi. A najbardziej ekscytujące było, że on jest s t ą d.

I żeby to zrobić, trzeba było wrócić.

- Człowiek ciągle wraca do kopalni swoich fascynacji. Ale w sensie podstawowym wcale nie wróciłem. Ja zawsze tu byłem. Teraz tylko jestem tu częściej niż dawniej. I to jest mój wybór. Ale wciąż działam pod różnymi szerokościami geograficznymi. Siedzimy w katowickiej kawiarni, a jednocześnie funkcjonuję w paru krajach europejskich i w Stanach Zjednoczonych. Wszędzie mam jakieś bieżące projekty. Między styczniem a czerwcem tego roku byłem w Polsce raptem trzy tygodnie.

Nie chcę specjalnie psychologizować, ale może to dlatego, że się pan tu odnalazł, wysypał z pomysłami, wyprostował jakoś - wszystko po tym, jak zszedł pan ze wzgórz hollywoodzkich.

- Co by było gdybym nie poznał wielkiego świata, nie wiem. Na pewno miałbym bardziej lokalną perspektywę na wszystko, nawet na tematykę śląską.

Czego by pan nie miał?

- Teraz o wiele bardziej jestem świadomy tego, co jest cenne. Jak chociażby świat muzyki na Śląsku, który w skali globalnej jest unikalny. Liczba kompozytorów na kilometr kwadratowy sprawia, że jesteśmy Watykanem muzyki współczesnej. Tego bym nie wiedział, siedząc tu. Ja to zobaczyłem z oddalenia, z punktu widzenia globalnego. Poza tym przejmowałbym się wielkościami lokalnymi, o których nikt nie wie po przejechaniu stu kilometrów dalej. Nazwiska, przed którymi dziewięćdziesiąt procent Polski pada na kolana, na świecie kompletnie nie istnieją.

Ma pan poczucie prowincjonalizmu?

- Prowincjonalizm w rozumieniu osadzenia w parametrach prowincji jest cenny. Prowincjonalizm ludzi, polegający na nieznajomości szerszego kontekstu rzeczy, jest przerażający. Myślę o politykach, o ludziach, którzy zajmują się decyzjami w dziedzinie sztuki. Dlatego założyłem stowarzyszenie Angelus Silesius, które ma promować działalność śląskich twórców na polu sztuki. Wydajemy z Radiem Katowice serię płyt „Mistycy i wirtuozi”. Na otwarcie wyszła płyta Góreckiego - chóry a capella nagrane w katowickiej katedrze pod dyrekcją Jana Wojtachy. Był Józek Skrzek z fortepianowymi tematami z „Pokoju saren”. Ukazała się płyta przedwcześnie zmarłego wirtuoza akordeonu Andrzeja Krzanowskiego. Teraz wyszedł Julian Gębalski na organach, płyta nazywa się „Modlitwa na koniec Tysiąclecia”. I na każdej z nich jest adnotacja, że wydajemy tylko twórców związanych z Górnym Śląskiem. Mam ambicję, żeby zaprezentować region, z którego pochodzę, a który wciąż jest traktowany po macoszemu. Ludzie nawet nie wiedzą, że Górecki jest stąd.

Całe mnóstwo rzeczy robi pan jednak poza Śląskiem.

- Ale dalej jestem stąd. Zawsze, gdziekolwiek jestem, mówię, że jestem z Katowic. Ja to mówię do znudzenia. Bo to dla mnie duży plus. Gdybym się urodził gdzieś poza Górnym Śląskiem, byłbym bardziej przerażony Polską - strasznie zapyziałą, jednakową, bez kultury, bez autonomii. Zaludniają ją ludzie skądś, bez własnej, odrębnej tożsamości. Niech pan pojedzie do Warszawy - nie wiadomo, skąd są ci ludzie, wiadomo tylko, że strasznie chcą robić kariery. Brak charakteru indywidualnego. Natomiast tu wystarczy pojechać do Rudy Śląskiej czy do Zabrza i są fenomenalne widoki, architektura, pejzaż. Własny sposób zachowania, ubrania.

Jak się jest skądś, to więcej widać?

- Śląsk, podobnie jak Podhale, wytworzył kompletną kulturę, z kostiumami, muzyką, gwarą. Zaatakowała ona język, architekturę, zwyczaje. Jestem stąd, to jest moja kultura.

To dobrze być stąd?

- Tak. Dla artysty ma to swój wyraz. Inne miasta w Polsce, nawet duże, tego nie mają. Tam jest prowincja in abstracto. Tu nie może pan tego powiedzieć. Tu jest prowincja Śląsk. Ona jest autonomiczna i ma swój absolutnie unikalny charakter. Weźmy Katowice, dziwne miasto, zbudowane przez trzy wyznania - judaizm, protestantyzm i katolicyzm. Każde takie spięcie daje niesamowite efekty kulturowe, dochodzi do wymiany ciśnień. To zapładnia wyobraźnię na bardzo oryginalne barwy. Jak wyjdziemy z „Kryształowej”, po prawej stronie będziemy mieli dom towarowy Zenit. 150 lat temu stanął w tym miejscu luksusowy hotel „Welt”. Na jego otwarcie przyjechał Johann Strauss i grał. A po wyjściu z hotelu wpadł w piaszczyste wertepy jak na Dzikim Zachodzie... Podobne zderzenie miałem ostatnio w Rzymie, w renesansowym Palazzo Falconieri, pełnym kandelabrów. To tam odbywała się projekcja „Wojaczka”, czarno-białego filmu umieszczonego w siermiężnej rzeczywistości Polski lat 60.

Co dla pana znaczy Śląsk?

- Dom. Przyjaciele.