
Takim filmem jest dla mnie „Osiem i pół” Felliniego. Na jednym z festiwali filmowych miałem do wyboru obejrzeć jakiś premierowy film europejski lub „Osiem i pół”, który widziałem już kilka razy. Wybrałem arcydzieło Felliniego i kolejna lektura tego filmu sprawiła mi ogromna satysfakcję. Amerykanie wbrew pozorom nie lubią ryzykować i Hollywood robi filmy opierając się tylko na sprawdzonych schematach. Moje ulubione filmy amerykańskie są zbyt nietypowe, by się tam przebić np. „Walka klasowa w Beverly Hills” i „Jedząc Raula” Paula Bartela. Cecha indywidualna u reżyserów jest wyeliminowana w Hollywood. Dlatego Los Angeles jest dla mnie cmentarzem pomysłów , idei i marzeń. A największą masakrę kinu zrobiła spółka Spielberg i Lucas przez produkcję „E.T’ i „Gwiezdnych wojen”.
Właściwym kinem kultowym dla mnie jest to, co nastąpiło w latach sześćdziesiątych w autorskim kinie europejskim. W samym roku 1963 na festiwalu w Cannes zaprezentowano w konkursie 16 arcydzieł filmowych. Potem pałeczkę przejęli młodzi amerykanie z widocznymi korzeniami etnicznymi i stworzyli takie wiekopomne filmy jak „Rozmowa” i „Ojciec Chrzestny”(reżyseria F. F Coppola) czy „Lot nad kukułczym gniazdem” (reżyseria M. Forman) Później można jeszcze mówić że kultowe jest kino Wima Wendersa wychowanego na kinie lat sześćdziesiątych.
Bardzo wielu osobom, a szczególnie tym, którzy piszą o filmie brakuje umiejętności myślenia językiem obrazów. W filmie bowiem nie ma linearności ale istnieje wielość pól działania .Ja w jakimś sensie jestem człowiekiem obrazu zaczynałem jako malarz i dlatego tak bardzo przemawia do mnie kino Wojciecha Hasa. Uwielbiam też tajemnicę, bo tajemniczość jest jedyną prawdą o życiu – nigdy do końca nic nie poznamy. Dlatego „Powiększenie” Antonioniego jest moim kultowym filmem.