Wywiady

Interviews

Nauka oduczania
Monika Placek
Źródło: "Ekran", 1996, nr 03-04.
Treść wywiadu
Monika Placek: Wydawało się, że teatr operowo-muzyczny, jako tradycyjna silnie skonwencjonalizowana forma artystyczna, nie ma już nic nowego do zaproponowania, a jednak...

Lech Majewski: ...a jednak. W tradycji operowej główny nacisk był położony zawsze na sferę dźwiękową: śpiewacy, orkiestra, wykonanie, jakość głosu. Natomiast strona wizualna była lekceważona. Próbowano działać, wierząc, że ogromna sala widowiskowa zrobi na odbiorcach wrażenie. Że 10 koni, 6 słoni i chór składający się z dwóch tysięcy osób zastąpi nie tylko grę aktorską, ale przede wszystkim myślenie wizualne. Tajemnica polegała na mnożeniu matematycznym: słoń jest większy niż koń, koń jest większy niż pies. W takim razie w małej operze wyjdzie pies, w większej koń, a największej słoń. Gdyby wieloryb miał nogi i wyszedł na scenę, nazywałoby się to wielką inscenizacją. Poza tym reżyserzy operowi wywodzili się przede wszystkim ze świata muzycznego. Byli to emerytowani śpiewacy, którzy z powodu straty głosu zajęli się reżyserią. W umieszczaniu aktorów na scenie chodziło im głównie o to, by głos był najlepiej słyszalny. Krótko mówiąc uważam, że opera z którą mieliśmy do czynienia była zubożona o warstwę wizualną.

Czyżby reżyserzy filmowi, którzy zajęli się operą, rzucili wyzwanie niewykorzystanym dotąd możliwościom tej materii?

Częściowo. Tylko ci o określonej proweniencji tzn. twórcy w jakiś sposób powiązani z kinem kreacyjnym: Greenaway, Russel, Tarkowski. Dzięki filmowcom warstwa wizualna opery zaczęła żyć własnym życiem. Obraz płynie, rozwija się – jak fraza muzyczna. Nie jest zafiksowany. Posiada własną dramaturgię. Tworzy coś w rodzaju symfonii dla oka. Natomiast kino jako środek wyrazu zbyt szybko poszło w stronę komercji. Przstało być przybytkiem sztuki. Stało się miejscem spotkań rozwydrzonych gówniarzy, którzy chcą się napić wódki. Stało się chamskie i brutalne jak demokracja, która nie jest niczym innym jak tylko kosmicznym idiotyzmem. Niszczy sztukę, niszczy człowieka...

Mówi się, że “demokracja to zły ustrój, ale nikt nie wymyślił jeszcze nic lepszego”.

To slogan, który często słyszę w odpowiedzi na mój atak. Otóż tak nie jest. Bo co to znaczy demokracja? To znaczy, że mamy zdać się na instynkt mas. A czego chcą masy? Mordobicia, piwa i gołych bab. Kino w naszych czasach jest szalenie demokratyczne. Sztuka jest szalenie demokratyczna i przez to uległa kompletnemu zidioceniu...

To bardzo pesymistyczna wizja...

To nie wizja, to stwierdzenie faktu. Jeżdzę po całym świecie, chodzę po ulicach, zaglądam do kin. I widzę. Oczywiście istnieją kampusy, studenci, ludzie bardziej wyrafinowani, jednak to rasa na wymarciu.

Natomiast do opery nie każdy może wejść, nie w każdym stroju. Ludzie przygotowują się psychicznie na to wydarzenie, przeżywają. Czy w takim razie teatr operowy stał się w naszych czasach jedyną ostoją wartości?

Rzeczywiście opera w tym całym chaosie jest ostatnim bastionem wartości XIX-wiecznych. I to nie kwestia tego, że trzeba się elegancko ubrać – to kwestia stanu ducha.

Jako reżyser operowy zadebiutował Pan inscenizacją opery buffo “Ubu Król” Krzysztofa Pendereckiego, potem w Niemczech zrealizował Pan postmodernistyczną operę “The Black Rider” autorstwa Boba Wilsona, Toma Waitsa i Williama Burroughsa i w końcu “Carmen” Bizeta w Teatrze Wielkim w Warszawie. Interesuje mnie jednak czy pomiędzy tymi tak różnymi inscenizacjami było coś, co je ze sobą łączyło.

O tym powinni mówić raczej krytycy. Niemieccy krytycy określili mnie jako hipnotyzera. Podobno potrafię stworzyć nastrój, który jest sugestywny, magiczny, hipnotyczny. Ja sam dążę do tego, aby pobyt w teatrze, operze stał się dla widza pewnego rodzaju rytuałem. Zhierarchizowanym czasem. Co jeszcze łączy ze sobą “Ubu Króla”, “The Black Rider” i “Carmen”? - wszystkie te inscenizacje cieszą się powodzeniem publiczności. Trudno dostać bilety. Na “Carmen” bilety zostały wyprzedane już do końca sezonu. To wszystko jest bardzo ciekawe i daje mi dużo do myślenia.

Na początku rozmowy powiedział Pan, że reżyserią operową zajmowali się głównie ludzie ze świata muzycznego, przez co strona wizualna była często traktowana w sposób sztampowy. Z drugiej strony zastanawia mnie jednak czy brak profesjonalnego wykształcenia muzycznego nie był dla Pana utrudnieniem w realizacji spektakli operowych?

Absolutnie nie. Dam pani taki przykład: Orson Welles, gdy kręcił “Obywatela Kane'a” nie wiedział, w którą stronę kamery należy patrzeć. Podszedł do tej sprawy na świeżo. I zrobił genialny film. Przełom w kinematografii światowej.

Czyżby wiedza i profesjonalizm ograniczały twórców?

Częstokroć. Ja realizując filmy nauczyłem się oduczać. Wiem, co mówię. Uważam, że jestem przeuczony (choćby dlatego, że ukończyłem świetną łódzką Szkołę Filmową), a czasem jednak trzeba zapomnieć o tym, co się wie, aby pewne rzeczy przeskoczyć... i realizować to, co pozornie wydaje się niemożliwe.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że jedyną rzeczą, która Pana interesuje jest duchowość, duchowy wymiar naszej egzystencji. Czy Pana zdaniem opera również posiada swojego ducha?

Duch w operze? Oczywiście. Ja nim jestem. Mieszkam w operze warszawskiej. W nocy chodzę po korytarzach. Lubię chodzić jak myślę. Znam wszystkie tajemne przejścia. To kosmos.

Obecnie jest Pan zajęty realizacją nowej opery. Co to będzie?

Będzie to całkowicie autorski spektakt operowy zatytułowany “Pokój Saren”. Sam napisałem scenariusz i zajmuję się inscenizacją. Premiera będzie miała miejsce 31 marca na scenie bytomskiej Opery. Ale na razie nie chcę jeszcze za wiele mówić na ten temat, żeby nie zapeszyć. Jestem przesądny.

Dziękuję za rozmowę.