Wywiady

Interviews

Odkrywam rzeczywistość na nowo
Dominik Sołowiej
Źródło:
Treść wywiadu
Dominik Sołowiej: W maju bieżącego roku odbył się w Kielcach II Festiwal Filmów Niezwykłych. Był Pan jego głównym bohaterem. Czym dla Pana jest tytuł Reżysera Niezwykłego 2005?

Lech Majewski: Nie wiem czy tytuły wywołują we mnie emocje. Ich źródłem są obrazy i wizje, które usiłuję realizować pisząc książki, reżyserując filmy lub przedstawienia teatralne, a przyznawane tytuły, recenzje są tylko dodatkiem. Fellini powiedział, że twórca powinien być pieszczony, a nie bity. Niewątpliwie lepiej jest słyszeć dobre słowa, ale z drugiej strony, jak się robi rzeczy bezkompromisowe, to jest się narażonym na atak.

Ta bezkompromisowość jest jednak doceniana. Chociażby przez nowojorskie Muzeum Sztuki Współczesnej, które w przyszłym roku zaprezentuje Pana twórczość.

Spotyka mnie niezwykłe wyróżnienie, bo jestem jednym z najmłodszych twórców, któremu muzeum dało możliwość zaprezentowania całości dorobku. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że mój dorobek jest już zamknięty, ale to akurat muzeum odnalazło w moich dokonaniach pewną jednorodność, rozpoznawalny charakter pisma. Muszę przyznać, że taka forma prezentacji pomocna jest w moich ruchach artystycznych, bo retrospektywa w nowojorskim Museum of Modern Art, to wydarzenie jednoznacznie nobilitujące.

Nowojorczycy interesują się Pana filmami. Czy jest to zainteresowanie odwzajemnione?

Wróciłem właśnie z Nowego Jorku, gdzie chodziłem na premiery do kina Gildii Reżyserów Amerykańskich. W Ameryce powstaje teraz dużo interesujących filmów zaliczanych do nurtu kina artystycznego. Dwa obrazy szczególnie przykuły moją uwagę. Najnowszy film Jima Jarmuscha „Broken Flowers” z Billem Murrayem w roli głównej i „Ostatnie dni” Gusa Van Santa, opowieść o ostatnich dniach Kurta Cobaina. Film Van Santa zaintrygował mnie minimalistycznym podejściem do tematu i obsesyjnym potraktowaniem montażu i czasu. Widzę tu analogie do „Wojaczka”. Wojaczek i Cobain byli soul brothers; ich „duchowym bratem” był także Jean-Michel Basquiat, nowojorski artysta graffiti, tworzący w Nowym Jorku w latach osiemdziesiątych. O nim także powstał film, do którego napisałem scenariusz. Moja opowieść o Basquiacie powstała wyłącznie dzięki fascynacji Rafałem Wojaczkiem, bo ich życiorysy ocierają się o siebie, tworzą zamknięte kręgi, bez względu na różnice geograficzne i czasowe.

Kto mogłaby zostać bohaterem Pana kolejnego filmu? Człowiek pokroju Basquiata i Wojaczka?

Nie trzymam się schematów. Przeciwnie, staram się, by moi bohaterowie byli różnorodni. Ostatnio nakręciłem „Ogród rozkoszy ziemskich” - film o dojrzałej kobiecie, historyku sztuki, zafascynowanej twórczością Hieronima Boscha. Claudia jest jak Beatrycze Dantego. Staje się przewodnikiem w drodze do ogrodu rozkoszy ziemskich - miejsca, gdzie śmierć nie ma już prawa wstępu. Claudia jest zupełnie inną bohaterką niż Basquiat i Wojaczek. Z kolei „Angelus” opowiada o janowskiej grupie okultystycznej skupionej wokół malarza-różokrzyżowca Teofila Ociepki.

Moi bohaterowie są różni. Nie jestem krytykiem i nie do mnie należy generalizowanie, ale jedna cecha jest im wspólna: żyją w objęciach sztuki; dokonują aktu autoekspresji i dzięki temu dostępują oczyszczenia. Także dla mnie sztuka jest stanem łaski. Dla niej zrezygnowałem z normalnego życia. Łatwo prześledzić etapy mojej wędrówki: ciągle zmieniam miejsca zamieszkania, robię rzeczy wysoce ryzykowne, idę pod włos, często wbrew gustom widzów, na przekór utartym schematom. Nie jest to działanie celowe, ale mierzi mnie powierzchowność we współczesnej sztuce.

Tak, historia Basquiata i Wojaczka jest historią tragiczną i smutną, ale być może śmierć wcale nie musi być taka. Patrzymy na nią z ludzkiej perspektywy, bo tylko ona jest nam dostępna. Wszystko, co różne od życia, wzbudza w nas trwogę, jednak nic pewnego na temat śmierci nie wiemy. Może jest bramą do zupełnie innego wymiaru rzeczywistości. Różokrzyżowcy z „Angelusa” chcą zbawić świat, zbawić siebie i nas od wszelkiego zła. Robią to w sposób nieco śmieszny i trywialny, ale ich postawa jest niezwykła. Jeśli pyta Pan czy cieszy mnie tytuł Reżysera Niezwykłego to odpowiadam, że znacznie bardziej cieszy mnie postawa takiej grupy wariatów.

W „Metafizyce” i w „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” krytykuje Pan dwudziestowieczną sztukę, jej charakterystyczną obojętność na ból i epatowanie okrucieństwem. Mówi Pan, że obrazy, filmy i książki straciły umiejętność wyrażania tego, co piękne i harmonijne. Śląscy malarze-różokrzyżowcy żyli ideą zbawienia, poszukiwali tego, co ich uwznioślało. Wydaje się, że dzisiejszy człowiek zapomniał o swojej duchowości. Gdzie poszukiwać możemy ratunku?

Powrót do duchowości jest na pewno ratunkiem. To trudna kwestia i nie sposób udzielić krótkiej odpowiedzi. Dla wielu zbawienie jest w religii, ale spotkałem się z powiedzeniem, że religia jest dla tych, którzy boją się piekła, a duchowość dla tych, którzy w nim byli. Religia zaś nie koniecznie musi być duchowością. Mówiąc za Schellingiem, powinniśmy zbudować transcendentalny pomost pomiędzy naszą codzienną egzystencją, a tym czymś, co jest nas w stanie uratować. Na pewno prawdziwi artyści (a nie manipulatorzy) potrafią to zrobić. Jeżeli zajmujemy się sztuką w sposób odpowiedzialny, zachowując uczciwość wobec siebie samych, to odkrywamy rzeczywistość na nowo. Jak pisał Marcel Proust, życie samo w sobie nie jest wystarczające, dopiero akt jego opisania stanowi o tym, że żyjemy. W ten sposób dotykamy rzeczywistości od wewnątrz, poznajmy jej prawdziwy charakter. Spinoza powiedział, że dusza jest rzeczywistością wewnętrzną, że istnieje materialnie, tylko „od wewnątrz”. Te wszystkie rzeczy, które są nam dane już od narodzin; edukacja, kultura i nauka, zamiast otwierać nam oczy na niezwykłość, cudowność rzeczywistości, wywołują odwrotny efekt. Pamiętam, że miałem same dwóje z chemii, fizyki i matematyki. I uważałem, że nauki ścisłe to najgorsze, najnudniejsze na świecie oszustwo. Później, już jako dorosły, odkryłem je na nowo, tylko dla siebie. Przeczytałem mnóstwo książek z zakresu fizyki, chemii i matematyki i teraz, z rosnącą pasją, potrafię patrzeć na świat z innej perspektywy, dostrzegać w nim to, co tajemnicze i zadziwiające. Wystarczy zastanowić się głębiej nad strukturą światła, które potrafi być i cząsteczką i falą pędzącą z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, żeby odczuć zawrót głowy. Tak jak podróżując w świat liczb Georga Cantora, matematyka, który zajmował się zbiorami nieskończonymi.

Nauka i technika zmienia rzeczywistość. Wpływa też na świat filmu. Pana „Ogród rozkoszy ziemskich” nakręcony został z wykorzystaniem lekkiej kamery cyfrowej. Tę nową tendencję w sposobie realizowania filmów określił Pan mianem „neorealizmu cyfrowego”. W jaki sposób nowoczesne sposoby zapisu obrazu wpłyną na wyobraźnię artystów i na kształt przyszłego kina?

Pojawiła się cała plejada twórców wykorzystujących lekkie kamery. Każdego stać teraz na zrobienie filmu własnym sumptem. Ale czy wpłynie to na jakość filmów? – nie wiem. Syntetyzatory nie ułatwiły muzykom komponowania symfonii. Podobnie jest z cyfrowymi kamerami. Oryginalność i geniusz tkwi w człowieku, a nie w sprzęcie. Ludwik van Beethoven nie miał syntetyzatora ani komputera generującego nuty, a jednak nie przeszkodziło mu to w tworzeniu niezwykłej muzyki.

Pojawienie się lekkich kamer cyfrowych ułatwiło sam proces tworzenia. Pozwoliło na uniezależnienie się od decyzji ministrów kultury, kapryśnych sponsorów i producentów, bez których nie może powstać żaden film. Teraz każdy ma zielone światło, zarówno młody jak i stary filmowiec, bo nawet uznani reżyserzy sięgali już po małą kamerę, na przykład Ingmar Bergman czy Eric Rohmer.

„Ogród rozkoszy ziemskich” to ekranizacja powieści „Metafizyka”, którą wydał Pan w 2002 roku. Scenariusz „Basquiata” powstał w oparciu o „Nowojorską opowieść filmową” Pana autorstwa. Czy zamierza Pan także sfilmować ostatnio wydaną powieść „Hipnotyzer”?

Zdecydowanie nie. „Hipnotyzer” jest dla mnie koherentnym, zamkniętym tekstem, który żyje swoim własnym życiem, częściowo jawnym, częściowo ukrytym, bo trzeba wziąć lusterko, by odczytać fragmenty tej powieści. Dlatego nie widzę żadnej szansy na sfilmowanie przeze mnie „Hipnotyzera”. Chociaż słyszałem opinię, że byłby to niezły film, osobiście wątpię w to. Ale być może ktoś będzie chciał to zrobić. Niedawno zwrócił się do mnie dyrektor teatru w Hamburgu, który widział „Ogród rozkoszy ziemskich” i stwierdził, że jest to materiał na sztukę, którą on chce wystawić w swoim teatrze. Premierę zaplanował na przyszły rok.

W portalach internetowych znaleźć można wiele recenzji, opinii i szkiców interpretacyjnych poświęconych Pana filmom i książkom. Szczególnym uznaniem cieszy się „Hipnotyzer”, okultystyczno-inicjacyjna powieść o Wenecji. Skąd się bierze popularność tej książki?

Nie mam pojęcia. Dostaję sporo wiadomości od czytelników, którym spodobała się „Metafizyka” i „Hipnotyzer”. Te książki rzeczywiście wywołują oddźwięk.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że Katowice to miejsce jego fizycznych narodzin, a Wenecja narodzin duchowych i że dzięki niej kręci Pan filmy. Gdyby zechciał Pan zabrać nas w podróż do tego miasta, to od czego rozpoczęlibyśmy naszą wędrówkę? Czy są jeszcze w Wenecji tajemnicze, magiczne miejsca, do których zawsze Pan wraca, miejsca niepopularne, mało znane, położone z dala od szlaków turystycznych?

Takich miejsc jest kilka, między innymi dzielnica Cannaregio i Arsenale. Znam sporo tajnych przejść. Nie ma drugiego miasta, które tak dobrze znam jak Wenecję. Teraz spotkaliśmy się w Katowicach, gdzie nieustannie coś się buduje, reorganizuje. Wenecja - chociaż odnowiono znaczną jej część - zawsze będzie taka sama. Kiedyś, jako młody człowiek, zaszywałem się razem z kolegami w różnych palazzo. Można było się bawić w opuszczonych pałacach; były słabo strzeżone. Dziś większość budynków, które przedtem stały puste, trafiła w ręce bogatych ludzi i są najeżone elektronicznymi alarmami.

„Dziób łodzi rozcina gęstą mgłę. Z mlecznych oparów wyłaniają się pałace zbudowane wprost na wodzie. Gotyckie, bizantyjskie i mauretańskie frontony o wnękach, filarach i pilastrach wyjedzonych zębami erozji. Blaknące i ciemniejące zacieki odbite w zgniłozielonej wodzie, spłowiałe złoto mozaik w wykuszach, miarowy chlupot i wilgotny dotyk zimna, wszystko to koi i hipnotyzuje.” Oto Wenecja Lecha Majewskiego. Czy planuje Pan kolejny film o tym mieście?

Nie zdradzam swoich planów. Bo rzeczywistość ma swoje plany wobec moich.

Z Lechem Majewskim rozmawiał Dominik Sołowiej.