Wywiady

Interviews

Bosch, Giorgione - nasi starsi koledzy
Tadeusz Sobolewski
Źródło: Gazeta Wyborcza, 12.03.2004
Treść wywiadu
Tadeusz Sobolewski: Dzisiejszemu turyście Wenecja kojarzy się z miastem umierającym. Jak patrzy na to jej mieszkaniec?

Lech Majewski: Jeszcze niedawno miało się poczucie, że wszystko pustoszeje, idzie w ruinę – osypujący się Pałac Dożów, bazylika św. Marka. Momentem zwrotnym był wielka powódź 1966 r., po której z całego świata zaczęła napływać do Wenecji lawina pieniędzy. Nie znam ludzi bardziej pracowitych niż wenecjanie – poza pracami konserwatorskimi odbywa się tu nieustanne czyszczenie kanałów. Realizując „Ogród rozkoszy ziemskich”, rozmawiałem z nurkiem, konserwatorem podwodnej Wenecji, który opowiadał mi, jak wzmacnia się fundamenty i pale, jak się Wenecję podnosi. Przypomniałem sobie niezrealizowany z braku funduszy, wspaniały filmowy pomysł Felliniego – podejrzeć Wenecję od dołu.

Ale nawet żyjąc w Wenecji co dzień, trudno nie patrzeć na nią jak na żywy poetycki oksymoron. Kamień na wodzie, który nie tonie, tylko trwa w równowadze.

Poszukiwaniem tej równowagi, ocalenia przed świadomością zagłady i nicości jest Pański wenecki film „Ogród rozkoszy ziemskich”.

Punktem wyjścia do filmu była moja powieść „Metafizyka”, pisana w formie listu do osoby, której już nie ma. Mężczyzna nie umie sobie wytłumaczyć śmierci dziewczyny, tego, że znikła, przepadła jak kamień w wodzie. Jak to możliwe – zastanawia się – że tak skomplikowana biologicznie i chemicznie tkanka ludzkiego ciała rozpada się w proch, a prymitywna taśma magnetyczna żyje, jest jedyną fizycznością, jaka pozostaje? Mój bohater ma umysł ścisły, niczego nie przyjmuje na wiarę, chce tylko poznania metafizycznego. I osiąga je paradoksalną drogą. Zaczyna patrzeć oczami nieżyjącej. Odnajduje ją w sobie. Ta dziewczyna, która była historyczką sztuki i pracowała nad rozszyfrowaniem symboliki obrazu Boscha przedstawiającego raj ziemski, otworzyła w mężczyźnie nieznane pola wrażliwości.

Ich pobyt w Wenecji, o którym opowiada film, jest nauką patrzenia. A przy tym wszystkim jest to film o robieniu filmu. Przebija przez niego zazdrość wobec możliwości dawnych mistrzów.

Nie mogę wyjść z podziwu dla naszych wielkich starszych kolegów. Bo przecież Bosch, Giorgione, Bellini nie byli bogami, tylko naszymi kolegami! Ciężko pracowali, żeby odnaleźć formułę, dzięki której można było dać ludziom przeczucie harmonii.

Daje Pan w filmie migawki z weneckiego Biennale sztuki współczesnej jako dowód degrengolady.

Renesansowe malarstwo pełne ukrytej symboliki wydaje mi się na tym tle szczytem śmiałości i rewolucyjności. Ta degrengolada trwa. U Belliniego, w weneckiej Akademii, perła umieszczona nad Matką Boską oznacza dzieworództwo – na późniejszych o 200 lat freskach Tiepola w Palazzo Labbia Kleopatra wrzuca perłę do wina, które ją rozpuści. Patrzę na ten fresk z utopioną perłą jak na symbol degrengolady sztuki, upadku jej znaczenia.

Degrengolada obejmuje również sztukę filmową?

Oczywiście. Nie możemy przecenić kina Felliniego, Tarkowskiego. Ci reżyserzy otworzyli przed nami możliwości, z których nie umiemy korzystać. Dystrybucja wyrobiła w ostatnich latach przyzwyczajenie do kina płaskiego, dosłownego, pozbawionego poetyckiego napięcia, które miały w tamtych filmach najprostsze obrazy, jak „Zaćmienie” Antonioniego. Być może tamte zdobycze także zostały zaprzepaszczone.

Kamera cyfrowa daje wolność?

Pozwala zbliżyć proces robienia filmu do malowania czy pisania. Bez negocjacji z producentem, ekipą, związkami zawodowymi etc.

Wzruszyły mnie kiedyś zdjęcia z pracowni starego Joana Miró, który budził się rano i ubrany w domowe portki od razu zabierał się do malowania swoich esów-floresów długim pędzlem przywiązanym do kija, na brystolu rozłożonym na posadzce. A w głębi mieszkania widać żonę, która robi śniadanie. Wzruszył mnie fakt, że można tak, wstając z łóżka, brać się do tworzenia. Bez czekania, jak my, filmowcy, na telefon od producenta. Kamera cyfrowa zmienia całkowicie naszą sytuację – pozwala tropić, podglądać rzeczywistość samemu. Bez wyjaśniania kierownikowi produkcji, jak należy tworzyć swój film. Tak właśnie podglądałem w „Ogrodzie...” zakamarki Wenecji, które tak dobrze znam, bo tam mieszkam.