Wywiady

Interviews

"Zbuduj fortecę i podpal ją"
Jerzy Illg
Źródło: rozmowa opublikowana w książce Lecha Majewskiego "Basquiat - nowojorska opowieść filmowa"
Treść wywiadu
Jerzy Illg: Myślę sobie często, że zatrważająca jest nasza polska ignorancja, odcięcie od świata, nieznajomość tylu nazwisk: malarzy, muzyków, pisarzy, o których nie mamy zielonego pojęcia, mimo że tam, w Ameryce, w całym świecie poświęca im się grube monografie, wydaje luksusowe albumy godne klasyków itp. Doskonałym przykładem jest twórczość Jean-Michela Basquiata, nowojorskiego malarza, poety, niezwykłego człowieka wyniesionego w krótkim czasie na szczyty, który po kilku latach szalenie intensywnego życia zmarł w wieku dwudziestu siedmiu lat po przedawkowaniu heroiny.

W sztuce współczesnej to dzisiaj gwiazda pierwszej wielkości – o której w Polsce, poza kręgami wtajemniczonych, mało kto słyszał; nie znają go, co stwierdziłem, nawet historycy sztuki. Czy mógłbyś, Leszku, przybliżyć tę intrygującą postać? Skąd wzięło się zjawisko zwane Jean-Michel Basquiat? Kiedy zaczęło być o nim głośno?

Lech Majewski: Po pop-arcie sztuka współczesna została w pewnym sensie doprowadzona do śmierci. Pojawił się superrealizm, hiperrealizm i w rezultacie nic specjalnego się nie działo – panował indywidualizm, każdy ciągnął w swoją stronę; starzy mistrzowie: de Kooning czy Roy Lichtenstein, kontynuowali to, co zrobili już wcześniej. Na początku lat osiemdziesiątych w sztuce pojawił się klimat odnowy – w sztukach wizualnych eksplodował neoekspresjonizm. Podstawowe nazwiska to – spośród Niemców Anselm Kiefer i Sigmar Polke, wśród Włochów – trzy „C”: Chia, Cucci, Clemente, wśród Amerykanów talenty Juliana Schnabla, George’a Fischla, Keitha Haringa i właśnie Jean-Michela Basquiata. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku i to wszystko działo się na moich oczach. Pamiętam na przykład Keitha Haringa; zwrócił na siebie uwagę rysunkami, które zaczął umieszczać w korytarzach i na peronach nowojorskiego metra.

Jerzy Illg: Subway art, czyli sztuka metra, to w ogóle osobne zjawisko, któremu poświęca się już dzisiaj specjalne albumy.

Lech Majewski: Kiedy kończy się czas opłaty za reklamę ścienną, plansze reklamowe zakleja się czarnym papierem. Ponieważ plansze są w ramkach, tworzy to coś w rodzaju obrazu. Keith zaczął swoją działalność jeżdżąc ze stacji na stację i kredą rewelacyjnie szybko rysując w tych czarnych okienkach obrazy. Na Manhattanie wszyscy korzystają z metra, więc był to sposób na dotarcie do szerokiej publiczności, gdyż każda stacja stawała się galerią jego sztuki.

Podobnie zaczął działać Jean-Michel Basquiat, który również niejako przyszedł z ulicy. Razem z Alem Diazem, swoim kolegą – obaj mieli wtedy po dziewiętnaście lat – chodzili po Manhattanie i w strategicznie ulokowanych miejscach pisali na murach jednozdaniowe hasła, które były przepojone swoistą, absurdalną poetycznością. Można sobie wyobrazić, że gdyby taki Basquiat pojawił się w Polsce, to też by się poczuło jego obecność, bo większość graffiti w Polsce mówi, że „RKS TO PANY”, „ŁKS TO PSY”, a „LEGIA KING” – to jest niestety ten poziom. Więc kiedy nagle pojawia się ktoś, kto pisze „ZBUDUJ FORTECĘ I PODPAL JĄ”, to człowiek zaczyna inaczej obierać rzeczywistość. Jak mówię, były one osobliwe, niepokojące swoją aurą – mam tutaj cały zeszyt, wydany zresztą jak zeszyt szkolny, z tymi napisami: „A CO POWIECIE O ŻÓŁCI” – i już, i koniec; albo: „NIEZDOLNY DO UŻĄDLENIA JEJ ANI DO ODFRUNIĘCIA”, „CZYSZCZĄC BUTY W SAINT LOUIS” – takie prościutkie sformułowania, coś w rodzaju haiku. Albo proste przeliterowania:

LOVE IS A LIE czyli MIŁOŚĆ JEST KŁAMSTWEM
LOVE = LIAR KOCHANEK = KŁAMCA

Takie napisy zaczęły się pojawiać koło Museum of Modern Art czy w pobliżu miejsc, których nie może ominąć ktoś, kto żyje na Manhattanie – to tak, jakbyśmy w Krakowie umieścili je koło Sukiennic – cały Kraków błyskawicznie je przeczyta. Basquiat i Al. Diaz podpisywali się pod tymi inskrypcjami: ©SAMO, co jest skrótem od „SAME OLD SHIT”, a czyta się „sejmo” – starzy Murzyni uwielbiają robienie ze wszystkiego skrótów.

W owym czasie zorganizowano wystawę pięciuset nowych artystów, na ogół kompletnie nieznanych, którzy malowali na ulicach East Village. To było w roku 1981, a wystawa, zorganizowana w budynku szkoły podstawowej (PS 1 – Public School 1) w Brooklynie, nazywała się „New York, New Wave”. Po tej wystawie krytyk „Village Voice” za najbardziej istotnych i liczących się uznaje fotografa Mapplethorpe’a oraz Jean-Michela Basquiata. Basquiat ma wtedy dwadzieścia lat i włoska marszandka Annina Nosei proponuje mu, żeby malował w jej basemencie, czyli w suterenie, wynajmuje mu bardzo przyzwoite mieszkanie, daje mu na farby, płótna i pensję w zamian za malowanie, w jego pracowni zaczynają odbywać się przyjęcia – i człowiek, który przyszedł znikąd, z ulicy (na tej ulicy sprzedał zresztą Andy’emu Warholowi kilka pocztówek – razem z Alem Diazem kupowali pocztówki, cięli wyrzucone magazyny mody, naklejali różne „wyrywanki” i sprzedawali je jako art cards po pięć dolarów – kilka z nich kupił Andy Warhol i to było ich pierwsze spotkanie), po pierwszej wystawie, jaką ma w galerii Anniny Nosei, staje się sławny, znajduje się na ustach wszystkich.

W Polsce często mówi się, że „ktoś miał wystawę w Nowym Jorku” – co samo w sobie nie jest takie trudne. Istotne jest, gdzie miał tę wystawę i u kogo. To kolosalna różnica, czy ma się wystawę w vanity gallery, czy też w liczącej się, prestiżowej galerii – a taką właśnie była galeria Anniny Nosei. Po pierwszej wystawie u niej Basquiat odnosi zatem wielki sukces.

Jerzy Illg: Na czym polega tajemnica tego sukcesu? Czemu właśnie Basquiatowi dane jest stać się sławnym, podczas kiedy w Nowym Jorku tworzy cała plejada nie gorszych od niego malarzy – czym uderza on krytyków, marszandów?

Lech Majewski: Brutalnością, siłą...

Jerzy Illg: Ale on sam mówi, że chciałbym, ażeby jego obrazy wyglądały jak namalowane przez dziecko. Nie chciałbym, by to zabrzmiało trywialnie, w rodzaju: „Panie, te wszystkie Picassy, wziąłbym trochę farby i też coś takiego w pięć minut machnął” – ale kiedy pierwszy raz stykasz się z obrazami Basquiata, masz wrażenie, że tysiące takich rzeczy widzi się nabazgranych kredą na asfalcie albo wymalowanych na murach szkolnych dziedzińców. Na czym polega to, że właśnie on zostaje wyniesiony na szczyty?

Lech Majewski: Zetknąłem się z Basquiatem w klubie nocnym „Area”, który wtedy był najważniejszym miejscem spotkań. Nowy Jork ma to do siebie, że co chwilę inny lokal staje się „szczytowy” na krótki okres...

Jerzy Illg: ...To pozwoliło Ronaldowi Sukennickowi skomponować swoją książkę o nowojorskiej bohemie, której historia, poczynając od lat pięćdziesiątych, jest u niego historią tych „właściwych” lokali, kolejnych klubów i knajp, w których co wieczór bywają „wszyscy”: jazzmani, malarze, poeci, gwiazdy filmowe, milionerzy, beatnicy, narkomani, Czarne Pantery...

Lech Majewski: W tych miejscach odbywa się darmowa parada znanych osobistości. „Area” była wtedy miejscem, trzeba było wyglądać niesamowicie, albo być słynnym człowiekiem, żeby w ogóle wejść. W klubie spotkałem Basquiata, mocno znarkotyzowanego, rozmawialiśmy chwilę, ale donikąd to nie prowadziło. Widziałem jednak, jak bardzo skupiały się na nim spojrzenia wszystkich, mimo że wokół było pełno gwiazd, a to Mickey Rourke, a to Liza Minelli. Nikt nie bulwersował ludzi swoim wyglądem tak jak Jean-Michel Basquiat, co samo w sobie jest ewenementem, bo w Nowym Jorku nikt nie zwraca uwagi na nikogo. Miał na sobie bardzo drogą marynarkę od Armaniego, podarte spodnie od piżamy, superdrogie buty na bosych stopach i prawdziwe gniazdo ptasie na głowie. Był wysokim, przystojnym Murzynem, z piękną blondynką u boku...

Jerzy Illg: Jego ojciec pochodził, zdaje się, z Haiti, a matka była Portorykanką.

Lech Majewski: Tak. Ale wróćmy do twego pytania, co takiego było w sztuce Basquiata, że to właśnie on stał się artystą cenionym i sławnym. Zainteresowałem się Basquiatem, gdy skończyłem w Rio de Janeiro zdjęcia do filmu Więzień Rio i wróciłem do Anglii, gdzie montowałem i udźwiękowiałem film w Pinewood Studio pod Londynem, owym nobliwym miejscu, w którym Tim Burton kręcił właśnie Batmana. Wynająłem dom koło Windsoru i w wolnych chwilach chodziłem do biblioteki w Windsorze i oglądałem kodeksy Leonarda da Vinci, w których zawarta jest przedziwna wiedza o, by tak rzec, całokształcie świata. Mnie to fascynowało i w jakimś sensie upokarzało, że ja robiłem jakiś film w Rio de Janeiro, a tu artysta na kartach papieru odkrywa świat. Noga konia. Kosmos nogi konia. Trajektorie tych boskich zawiasów, które stworzone zostały po to, żeby noga konia przemieszczała się. I pomyślałem sobie: O Boże, w jakich nieszczęśliwych czasach żyję; ponieważ niemożliwe jest już odkrywanie świata w sposób tak agresywny i z taką pasją, jak robił to Leonardo; dzisiaj nikt nie będzie na kartce papieru odkrywał nogi konia, bo istnieje cały sztab specjalistów: fizyków, chemików, weterynarzy itd., którzy rozbili już to na atomy i porozumiewają się ze sobą w obrębie dziedzin kompletnie dla mnie niezrozumiałych, gdzie wszystko zostało już zbadane. Strasznie mnie to poniżało, ponieważ uświadomiłem sobie, że ta sztuka, którą my robimy czy którą jesteśmy skazani robić, jest czymś nierudymentarnym, niepodstawowym, właściwie zbędnym. Jest ona czymś mało istotnym, ponieważ nie ma szans odkrywania rzeczywistości na tej zasadzie, na jakiej robił to Leonardo. Po czym, jak zobaczyłem obrazy Basquiata, to nagle stwierdziłem, że jest on kimś takim jak Leonardo da Vinci – oczywiście zachowując wszystkie proporcje. Basquiat siadał na podłodze i całą noc odrysowywał: a to monetę dziesięciocentową, a to bilet autobusowy, a to przepis, który przeczytał na torebce z mąką. To oczywiście nie było już odkrywaniem nogi konia, ale my jesteśmy otoczeni przecież nową rzeczywistością – reklamami, opakowaniami – która jest do odkrycia. I Basquiat z pasją dziecka usiłował rozeznać się czy też skatalogować świat, którym był otoczony. Poziom jego pasji był równy poziomowi pasji Leonarda da Vinci – obaj odkrywali świat, który istniał wokół nich. Te światy są takie same, ale jednocześnie inne: ponieważ w czasach Leonarda nie istniały słowa: reklama, produkt, opakowanie, zajmował się nogą konia, ale w czasach Basquiata nie ma już nogi konia jako nogi konia – istnieje koło samochodu, więc malował nogi samochodów, reklamówki, które zachwalają plastyk, w który wszystko się pakuje itd.

Dzisiaj wszystko zostało opakowane, zapakowane. Znam Christo – poznałem go w Nowym Jorku przez Maysles Brothers, którzy kręcili Gimme Shelter, słynny film o Rolling Stonesach, i byli także nadwornymi filmowcami wszystkich projektów Christo. Ich z kolei poznałem, kiedy filmowali w Londynie moją Odyseję, wystawianą na Tamizie, i wydawało im się, że powinienem poznać Christo, bo też działam w pejzażu londyńskim na dużą skalę. Christo zaprosił mnie do Miami, gdzie realizował jeden ze swoich projektów zatytułowany Surrounded Islands, który polegał na opakowaniu wysp w Biscayne Bay różowym plastykiem. W Miami podczas wywiadu telewizyjnego zapytano mnie, dlaczego to ma być sztuka, gdy ktoś opakowuje wyspy różowym plastykiem. A ja mówię: Dlatego, że wszystko jest teraz owinięte plastykiem, i kiedy idziecie do sklepu, żeby kupić mięso, to nikt nie ma kontaktu z mięsem tylko z plastykiem. A jak kupujesz śrubokręt czy długopis, to też najpierw dotykasz plastyku, a nie śrubokręta. W związku z tym Christo wszystko pakuje w plastyk w jakichś przerażających rozmiarach, żeby uświadomić nam ten podział, który być może wydaje nam się naturalny, bo do niego przywykliśmy, ale który naturalny nie jest. W sensie podstawowym, niemal archetypicznym, jest to właśnie niemożność dotknięcia czegokolwiek. Dochodzi do tego cały rytuał zrywania czegoś, co spowija, chroni, zabezpiecza. Czemu służy opakowanie? Temu, żebyśmy mieli coś świeżego, jest ono gwarantem świeżości, przy czym owa świeżość jest szerzej pojmowana – tu nie chodzi o świeżość truskawek, ziemniaków i mięsa, a o „świeżość” kompaktu czy długopisu. Chodzi o to, że świat stał się nieświeży – za czasów Leonarda nie było tego rodzaju problemów.

Zresztą potem, pracując nad filmem o Basquiacie, odkryłem, że Basquiat był zafascynowany Leonardem da Vinci. I uświadomiłem sobie, że to, co myślałem w Windsorze o upadku sztuki w naszych czasach, to bzdura, bo oto jest artysta, który bierze świat tak, jakby nie był opisany przed nim – i opisuje go. Później odkryłem też, że stworzył obraz, który z właściwą sobie przekorą nazwał Leonardo’s Greatest Hits. Widocznie ktoś mu zwrócił uwagę, że jego malarstwo jest w jakimś sensie kodeksem podobnym do tego, który stworzył Leonardo. Jak staje się przed graffiti Basquiata, to również ogląda się i rysunki, i teksty, opisy...

Jerzy Illg: Czyli miałaby to być jakaś próba opisania, a przez to opanowania świata...

Lech Majewski: ...rzeczywistości, która nas przeraża...

Jerzy Illg: ...przeobrażenia chaosu wokół nas w kosmos...

Lech Majewski: ...skatalogowania i zarazem narzucenia formy. Do czego bowiem dąży człowiek? Do znalezienia swojego punktu wobec otaczającej rzeczywistości. Dopóki nie ma tego punktu, tego środka ciężkości, dopóty narażony jest na zniszczenie bądź samozniszczenie i na alienację, na brak poczucia spełnienia. Sposobem znalezienia tego punktu jest opisywanie świata, który nas otacza, a ponieważ świat jest tak skomplikowany, że nie da się go opisać w całym bogactwie, istnieje wyłącznie nasz indywidualny sposób opisania. Jeżeli zrobimy to uczciwie, siłą rzeczy dowiemy się, gdzie stoimy, gdzie jest nasz środek ciężkości. To prowadzi do stworzenia własnego uniwersum. I takie uniwersum stworzył bez wątpienia Jean-Michel Basquiat.

Jerzy Illg: Wróćmy do początkowego momentu jego kariery. Ma pierwszą wystawę u Anniny Nosei...

Lech Majewski: ...która jest wielkim sukcesem, bo w przypadku poprzedniej, nowojorskiej „Nowej Fali”, był jednym z pięciuset artystów, a tu ma już wystawę indywidualną, świetnie o nim piszą, czuje się, że to jest coś nowego. Równocześnie jest to moment rozbuchanego rynku, dzięki koniunkturze, jaka następuje w Ameryce za czasów Reagana, czyli dzięki pożyczonym pieniądzom i kartom kredytowym. To jest okres, kiedy ludzie zaledwie po studiach dostają pracę na Wall Street i roczne pensje rzędu stu trzydziestu tysięcy dolarów. Czyli cóż to dla nich znaczy dać miesięcznie dwa tysiące za obraz czy grafikę – nic. Natychmiast zatem powstaje snobizm. Ten snobizm ma określone fazy: najpierw była faza roleksa, potem BMW, a potem faza sztuki na ścianie. Oczywiście roleks nie może kosztować więcej, niż kosztuje, BMW też nie, a sztuka? Hulaj dusza. Więc tworzy się rynek, tworzą się gwiazdorzy, zapala się gwiazda Keitha Haringa, Basquiata, Juliana Schnabla i Clemente.

Opowiem tu tylko jedną historię. W tamtym czasie umarł mój ojciec. Przyjechałem do Polski na pogrzeb, po czym pojechałem do Saint-Moritz, gdzie pracował Schnabel. Byłem przybity śmiercią i właściwie przegadaliśmy całą noc o moim ojcu. Wypiliśmy trochę alkoholu i Julian pod wpływem mojej opowieści o ojcu namalował ogromny obraz, który zatytułował Mieszek - tak mówiono w domu na ojca, miał na imię Mieczysław – i sprzedał ten obraz następnego dnia swojemu marszandowi za blisko dwieście tysięcy dolarów. Obraz ten notabene znajduje się teraz w Centre Pompidou w Paryżu. Przeżyłem wstrząs. Oto obcy człowiek składa hołd mojemu ojcu i następnego dnia robi na tym niezły interes. Julian rzeczywiście słuchał mojej opowieści i był nią poruszony, ale wszystko razem nie mieści się w głowie, ta natychmiastowość działania, spełnienia, zakupu – i jaka suma!

Po wystawie u Anniny Nosei Basquiat ma znakomite recenzje, a cena jego obrazów błyskawicznie skacze z dwóch do dwudziestu tysięcy dolarów. Zaczyna się walka o Basquiata, niczym o zawodowego piłkarza. W pewnym momencie odchodzi od Anniny Nosei i nie ma żadnego marszanda. Duże pieniądze, jakie otrzymuje za obrazy, przeznacza na narkotyki. Uzależnia się. W jego pracowni odbywa się nieustająca orgia alkoholowo-naroktyczno-seksualna.

Basquiat maluje obraz w ciągu jednej nocy i rano przynoszą mu w gotówce dwadzieścia tysięcy dolarów – za dziesięć tysięcy kupuje narkotyki, a za dziesięć tysięcy kawior. Wiadomo, że korzysta z tego całe towarzystwo. Jean-Michel ma dwadzieścia dwa lata! Maluje na narkotykach, trzeźwieje, maluje, ludzie z jego domu wynoszą, co chcą...

Jerzy Illg: Staje się bliskim przyjacielem Andy’ego Warhola...

Lech Majewski: Staje się przyjacielem Warhola, ponieważ jest w stanie wydać sto tysięcy na ubrania dla znajomych, idzie z nimi do najdroższych sklepów i wszystkich ubiera, albo wypożycza limuzynę i przejeżdża przez Bowery, które jest pełne biedaków, rozrzucając studolarowe banknoty i krzycząc „Happy New Year!” albo „Happy Chanuka!” – chociaż jest lipiec. To jest Książę. Nie dba o pieniądze. Jest w stanie włożyć garnitur od Armaniego za trzy tysiące dolarów, malować w nim, zachlapać go, pochodzić w nim dwa dni i wyrzucić do śmieci. Ponieważ Andy Warhol był człowiekiem towarzyskim, siłą rzeczy poznali się i przypomnieli sobie fakt kupienia tamtych pocztówek – Jean-Michel nawet rozpłakał się, że Warhol tych pocztówek nie wyrzucił. Rodzi się przyjaźń i powoduje, że Warhol, który już w ogóle odszedł od płótna, wraca do malowania i malują razem, najpierw we dwójkę, a potem w trójkę z Clemente. Basquiat sprawia, że Warhol przeżywa coś w rodzaju drugiej młodości. Wiadomo, jaki jest koniec. Basquiat umiera podobnie jak Jimi Hendrix...

Jerzy Illg: ...znajdują go uduszonego własnymi rzygowinami – jak Malcolma Lowry’ego...

Lech Majewski: ...umiera z przedawkowania heroiny i alkoholu w niezwykle upalny sierpniowy dzień 1988 roku. To, co się działo z jego życiem w trakcie tych siedmiu lat sławy, przypomina mi to, co czytałem kiedyś u Kąkolewskiego, który opisywał jak Frykowski jeździł po Łodzi i na szwaczki wychodzące z pracy wyrzucał pęki pieniędzy. Nasuwają się także porównania z Jamesem Deanem, z Wojaczkiem, z Cybulskim, z osobowościami, które wypróbowują granice wolności – aż do śmierci. Równocześnie uważam, że Basquiat był wielkim artystą. Dał mi dużo siły. Kiedy chodziłem do Windsoru i oglądałem kodeksy Leonarda, miałem poczucie marności; świadomość, że mierzę niecały milimetr – a Basquiat poprzez swoje prace powiedział mi: Ten proces toczy się ciągle, zobacz, co ja robię, ja też siedzę i odkrywam świat.

Jerzy Illg: Opowiedz, proszę, o powstającym teraz filmie o Basquiacie, którego jesteś prducentem i współscenarzystą.

Lech Majewski: Prace nad tym filmem zacząłem po śmierci Basquiata. Umarł w roku 1988, a w 1989 spotkałem się z Anthonym Haden-Guestem, który napisał o Basquiacie duży artykuł w „Vanity Fair” i który dał mi całą listę Basquiata: przyjaciół, nieprzyjaciół, handlarzy narkotyków, ludzi słynnych i bogatych, kolekcjonerów jego sztuki, jak i wreszcie najbiedniejszych narkomanów. Przekrój Basquaita przez społeczeństwo był całkowity – od szczytu do dołu. Częstokroć jednego dnia bywał na najbardziej snobistycznych przyjęciach w Nowym Jorku – żeby potem wylądować w najgorszych melinach, gdzie bezdomni baliby się wejść. Amplituda jego dziennych przeżyć była niebywała. Trochę o tym wiem, bo chodziłem jego śladami półtora roku. Jednocześnie współpracowałem z emerytowanym agentem FBI, który nauczył mnie metod śledczych, ażebym naprawdę mógł dociec historii Basquiata.

Zebrałem pewną ilość materiału i napisałem scenariusz, chociaż precyzyjniej można by to określić jako story.

Jerzy Illg: To miał być fabularyzowany dokument?

Lech Majewski: Nie. Fabuła – tu należało robić tylko i wyłącznie to, co robiło życie.

Jerzy Illg: I myślisz, że to da się powtórzyć, zagrać?

Lech Majewski: Nie, ale da się zainscenizować pewne sceny z jego życia. Współpracowałem przy tym przedsięwzięciu z Julianem Schnablem i po trzech latach pracy ciągle nie mogliśmy zrobić tego, co jest dla filmu najważniejsze, tzn. distribution deal. Był to temat zbyt prowokujący. Wyłonił się wtedy inny wariant. Ciągle były szanse na uzyskanie możliwości dystrybucji, ponieważ nadal wiele osób fascynowała postać Basquiata, tylko nie godzili się na tak drastyczne i drapieżne rzeczy, jakie napisałem, a które wydawały mi się niezbędne, żeby powstał film. Uważałem, że należy wziąć jego życie takim, jakie ono było. Jednak powiedziano nam: Owszem, będziemy dystrybuować film, ale pod warunkiem, że złagodzony zostanie cały wizerunek Basquiata. Stwierdziłem wtedy, że dla dobra sprawy wycofuję swój scenariusz, ponieważ jego złagodzenie mnie nie interesuje, zostawiam materiały i zachowuję jedynie swoje udziały finansowe – natomiast proponuję, żeby film robił Julian Schnabel, który bardzo chciał współreżyserować ze mną. Efekt jest takie, że właśnie kończą się w Nowym Jorku zdjęcia do filmu, w którym występuje trochę gwiazd: David Bowie gra Andy’ego Warhola, gra Dennis Hopper, Gary Oldman, Courtney Love – wdowa po Kurcie Cobainie.

Jerzy Illg: A co z muzyką?

Lech Majewski: W części robi ją David Bowie, w części Julian Schnabel, który także jest człowiekiem renesansowym – i w trakcie roboty przesterował film bardziej na film o sobie niż o Basquiacie. Dzięki pracy nad filmem poznałem cały nowojorski świat sztuki: malarzy, marszandów, tak jak dzięki filmowi o Biggsie poznałem cały podziemny świat Londynu. Podsumowując – na pewno film o Basquiacie będzie filmem skandalizującym, ale też na pewno jeśli chodzi o malarstwo i świat sztuki, będzie wydarzeniem pierwszoplanowym.

Jerzy Illg: Film zapowiada się rzeczywiście intrygująco, chociaż po wszystkim, co powiedziałeś, nie mogę uwolnić się od obaw, że jest to przedsięwzięcie szalenie ryzykowne. Tym bardziej życzę ci sukcesu.