Wywiady

Interviews

Podróże filmowo-literackie
Ewa Kara
Źródło: Nowy Dziennik (dod. Przegląd Polski) 22.07.2005
Treść wywiadu
Ewa Kara: W drugiej połowie lat 90. wyjechał Pan ze Stanów Zjednoczonych i osiedlił się przy Ponte Rialto w Wenecji. Ale mimo tak atrakcyjnego adresu prowadzi Pan życie nomada, szczególnie w tym roku. Czy tak będzie już przez dłuższy czas?

Lech Majewski: Trudno powiedzieć, gdyż jest to głównie zależne od moich filmów. Ten rok faktycznie jest niekończącą się podróżą, co bezpośrednio jest związane z prezentacjami Ogrodu rozkoszy ziemskich w różnych miejscach na kuli ziemskiej m.in. w Moskwie, Belgradzie, Londynie, Buenos Aires, Berlinie, Seattle, Chicago czy Los Angeles. Również jest to rok moich retrospektyw. W Mar del Plata zwolennicy mojego kina - Pokój Saren wyświetlany był w Muzeum Sztuk Pięknych w Buenos Aires przez trzy lata - zorganizowali przegląd mojej twórczości. Zaprezentowano filmy: Ogród, Angelusa, Wojaczka i Ewangelię według Harry'ego. Jednocześnie odbyła się retrospektywa w Londynie w czterech różnych miejscach: Whitechapel Art Gallery, gdzie pokazywano moją sztukę wideo (Pokój Saren, Wypadek), Riverside Studio, Curzon Cinemas i London Film Academy, gdzie poprowadziłem klasę mistrzowską z aktorami występującymi w Ogrodzie.

Ostatnimi czasy jest Pan również częstym gościem w Nowym Jorku. Jaki projekt tym razem Pana tutaj sprowadza?

Nie bardzo lubię mówić o projektach lub nad czym obecnie pracuję. Z wielu powodów. Nie powinno się być mądrzejszym od rzeczywistości. Człowiek mówi, że będzie coś robił, a jest taka ironiczna twarz rzeczywistości, która to przedrzeźnia i wyśmiewa.

Wobec tego zmodyfikuję pytanie: jak postępuje praca nad kolejną książką?

Nad jaką książką?... No tak, piszę książkę, która cały czas się rozwija. To proces, który wciąż trwa - żywy organizm. Pierwsza powieść, którą piszę po angielsku. Już wcześniej napisałem kilka scenariuszy w języku angielskim; jestem człowiekiem wizualnym, więc lepiej operuję językiem, który widzę niż tym, którym mówię.

Rozmawialiśmy ponad trzy lata temu, kiedy w Nowym Jorku Museum of Modern Art pokazywało Pańską autobiograficzną operę Pokój Saren, lada moment miała ukazać się Metafizyka, która do dziś doczekała się nie tylko drugiego wydania, ale również ekranizacji, którą zatytułował Pan tak jak obraz Hieronimusa Boscha "Ogród rozkoszy ziemskich". Jak dalece musiał Pan zrezygnować z dyskursu filozoficznego dotyczącego fenomenu przemijania człowieka, by stworzyć filmowy scenariusz?

Nie myślałem, że z Metafizyki może powstać film, ale de facto powieść składa się z zapisów fragmentów filmowych. Język filmu różni się jednak od języka powieści czy języka teatru, więc musiałem przełożyć język literacki na język obrazów. W powieści było wpisane, że bohater posługuje się kamerą; rejestruje, uwiecznia fragmenty związku, strzępy wspólnych doświadczeń. Film nakręciłem cyfrową kamerą, którą dostałem za Wojaczka w Rotterdamie. Długo trzymałem ją schowaną w szafie, bo się jej bałem. W końcu wyciągnąłem ją i zacząłem eksperymentować. Nagle opanowało mnie uczucie euforii, bo cały balast ekipy filmowej okazał się niepotrzebny, a zdjęcia mogłem robić o każdej porze i prawie wszędzie. Zawsze zazdrościłem malarzom bezpośredniości i intymności pracy, którą dopiero tutaj jako reżyser osiągnąłem. Film na dobrą sprawę uzupełnił wizję książki.

Publiczność bardzo głęboko przeżywa Pańskie filmy. Czy jest Pan zaskoczony recepcją Ogrodu rozkoszy ziemskich?

Sądząc z e-maili, które otrzymuję od widzów i czytelników, tak. Bardzo dużo listów otrzymałem po wydaniu moich dwóch ostatnich powieści. One intensywnie oddziałują na ludzi, którzy są spragnieni rozmowy na poważne tematy, ponieważ z wyjątkiem pewnych form publicystycznych zarówno media, jak i sztuka uciekają od rzeczywistości - najlepiej opłaca się ucieczka od problemów; eskapizm. Brakuje syntezy, tego, co dawała sztuka kiedyś. Współczesny widz nie jest przyzwyczajony do obcowania ze starą sztuką, która porusza te problemy w sposób niezwykły i najgłębszy. Nie zapomnę spotkania z Jerzym Grotowskim tutaj, na Uniwersytecie Columbia, kiedy powiedział, że sztuka nie zna postępu. Czy są dzisiaj lepsi dramatopisarze niż Szekspir albo lepsi kompozytorzy niż Bach?

Czy dlatego Metafizyka, ale przede wszystkim Hipnotyzer, czyli Pańska ostatnia wyjątkowo sensacyjna powieść, jest w zasadzie traktatem paranaukowym? Czy symbolika i magia liczb i geometrii pozwalają Panu zgłębić nie tylko świat, ale i status ontologiczny Boga?

Już Pitagoras powiedział, że matematyka jest jedynym dostępnym nam językiem Boga. Istnieją pewnego rodzaju proporcje, bez których nie potrafimy się obyć, a one zachowują swoją tajemniczość w niewymierzalności, jak na przykład przekątna kwadratu czy liczba pi. Są one na tyle niesamowite, że głębsza refleksja jest przyczyną szaleństwa takich ludzi jak matematyk Cantor czy bohater filmu Beautiful Mind. A jak mówi Octavio Paz: "zakuto mnie w kajdany, więc zamykam oczy i świat eksploduje". Matematyka umożliwia dostrzegania niewyobrażalnych terytoriów. Zadziwiające, że bez względu czy jest to roślina, kryształ czy tkanka człowieka, obowiązują prawa matematyczne, które są podstawą wszelkich nauk. Zadziwiającą urodą równań matematycznych jest to, że lewa strona przegląda się w lustrze prawej strony. Ale szerzej zajmuję się tym w Hipnotyzerze.

Czy to prawda, że jednego z bohaterów wzorował Pan na znanym czytelnikom "Przeglądu Polskiego" przede wszystkim jako artysta grafik Januszu Kapuście?

Tutaj nie przedstawiłem go jako grafika, lecz jako geniusza geometrii. To, co Janusz robi, jest niezwykłe. Do wszystkich postaci z Hipnotyzera posłużyły mi w dużej mierze rzeczywiste osoby, jednak bohaterowie są kompozytami kilku realnych postaci.

Czy ekranizacja Hipnotyzera byłaby kolejnym po Więźniu z Rio odstępstwem na rzecz kina popularnego?

Nie sądzę, bowiem dużą częścią powieści jest dyskurs naukowy. A nie jest on naturą filmu. Parę osób mi już to sugerowało, nawet moi znajomi z Wenecji, ale nie widzę żadnych możliwości ekranizacji Hipnotyzera. To jest stricte podróż literacka. Poza tym część tekstu jest napisana pismem lustrzanym i by go przeczytać trzeba użyć lusterka, a w kinie przecież nie da się tego zrobić.

Bardzo często jest Pan zapraszany jako juror na festiwale filmowe w Polsce; jest Pan także członkiem Europejskiej Akademii Filmowej. Jak ocenia Pan stan polskiej kinematografii?

To jest biedna kinematografia, która walczy o przetrwanie. W Polsce normalne mechanizmy nie działają. Jeśli ktoś odniesie sukces, to wcale nie znaczy, że będzie dalej robił filmy. Reżyserzy, którzy zostali zauważeni, nie mogą robić kolejnych projektów, nie mogą się rozwijać. Bez przerwy ktoś coś zaczyna, a potem jego film nie dostaje funduszy. To jest wyniszczające, zwłaszcza dla zdrowia psychicznego. Na pewno młodzi ludzie mają dużo do powiedzenia, i to oni zapraszają mnie do jury kina niezależnego. Moje filmy bardziej odpowiadają młodej generacji filmowców niż starszemu pokoleniu... A tak w ogóle mam wrażenie, że kino europejskie jest w zapaści. Przestało być prowokacją intelektualną, za bardzo stara się być amerykańskie, za bardzo telewizja narzuciła estetykę banału, minirealizmu. Telewizyjny film jest teraz wszechobecny. Są oczywiście piękne europejskie filmy, jak np. Nói Albinói czy Hundstage (Upały/Dog Days), ale to wyjątki.

Kiedy i gdzie będziemy mogli w najbliższym czasie zobaczyć Pana filmy, a w szczególności Ogród rozkoszy ziemskich?

Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku w nowojorskim Museum of Modern Art, lecz najpierw trzeba jeszcze wszystkie detale ustalić i wyrzeźbić w marmurze. A wówczas będzie można obejrzeć wszystkie moje filmy.

Dziękuję za rozmowę, a czytelników pragnących spotkać się z Panem zapraszam 28 lipca do Księgarni "Nowego Dziennika".

Z Lechem Majewskim rozmawiała Ewa Kara