Wywiady

Interviews

Burza w ogrodzie
Jarosław Mikołajewski
Źródło: "Wysokie Obcasy" 2004, nr 10
Treść wywiadu
W Wenecji woda jest wszędzie. Przynosi miastu śmierć, a równocześnie wszystko ożywia. Nawet ściany wyglądają jak żywy organizm. Woda jest tutaj takim samym żywiołem jak roślinność w Rio de Janeiro. Pamiętam w Rio opuszczony pałac, który liście dosłownie zżerały. Bo roślinność w Rio ma zęby. A w Wenecji zęby ma woda.

Jest Pan wenecjaninem?

Tak. Z wyboru. Choć okoliczności temu sprzyjały - jeszcze za PRL-u Wenecja była pierwszym celem moich wyjazdów z Polski. Mój wujek uczył w weneckim konserwatorium, więc jeździłem do niego, na ogół z mamą, do mieszkania, które latem było puste.

Dziś Wenecja jest wciąż tym samym miastem?

Terytorialnie stanowi zamkniętą całość, ale zmienił się charakter. Jako chłopak miałem tysiąc okazji, żeby zbadać zapuszczone pałace i ogrody, które dzisiaj są już surowo strzeżone.

Wchodził Pan przez okno do muzeów?

Nie - do pałaców. Zawsze miałem skłonność do fizycznego doświadczania miejsc. W latach 60., przed powodzią, większość pałaców była dostępna. Kiedy ich właściciele wyjeżdżali, nie zakładali systemów alarmowych i ochronnych, które są teraz. Z weneckimi rówieśnikami chodziliśmy sobie do woli po niesamowicie powypaczanych marmurowych podłogach. Miałem wtedy możliwość zobaczyć, dotknąć, a nawet obwąchać efekty działania wody. Bo przecież te marmurowe pałace stoją na milionach drewnianych pali wbitych w dno Adriatyku, a one, zmieniając swoją objętość, wypaczają w fantastyczny sposób wszystko, co na nich stoi. Dziś nic nie jest takie samo jak wczoraj.

Skoro to miasto wciąż zmienia formę, to żyje. A przecież tak bardzo - w sztuce i w wyobraźni - kojarzy się ze śmiercią.

Poczucie weneckiej nostalgii i śmierci jest powszechne. Popularnie tłumaczy się je tym, że Wenecja naprawdę codziennie umiera, coraz bardziej osuwa się w wodę. Ale czy to jest dobre wytłumaczenie, nie jestem pewny. Na pewno ludzie mają tutaj świadomość, że żyją w pewnym rygorze, nie bez ograniczeń.

Czego nie mogą wenecjanie?

Na przykład wyciągać łóżek przed domy. W Neapolu starcy często tak robią - są zaułki, gdzie trzeba się przeciskać pomiędzy ludźmi, którzy chcą spać pod gołym niebem. W Wenecji przy najbliższym przypływie te łóżka by spłynęły do morza. Bo tutaj woda jest wszędzie. Przynosi miastu śmierć, a równocześnie wszystko ożywia. Nawet ściany wyglądają jak żywy organizm. Woda jest tutaj takim samym żywiołem jak roślinność w Rio de Janeiro. Pamiętam w Rio opuszczony pałac, który liście dosłownie zżerały. Bo roślinność w Rio ma zęby. A w Wenecji zęby ma woda.

Trudno się żyje w tych zębach?

Bywa nieznośnie. Kilka tygodni temu, kiedy byłem w Wenecji na premierze "Ogrodu rozkoszy ziemskich", wilgotność sięgała 98 proc. To stan, kiedy woda wisi w powietrzu, ale jest jeszcze za lekka, by opaść na ziemię. Chodzenie po Wenecji to przecinanie przestrzeni z kropelek. Latem te kropelki są prawie wrzące, zimą są lodowate. Tak czy inaczej, żeby nie umrzeć w Wenecji, trzeba mieć dobre zdrowie.

Czy właśnie w Wenecji jest miejsce, które nazywa Pan domem?

W Wenecji i w Katowicach. Wszystko inne to podróż.

Wenecja i Katowice to dziwne zestawienie, niemal nie do pomyślenia.

A jednak te dwa miejsca głęboko się we mnie łączą. W Katowicach urodziłem się fizycznie, a w Wenecji duchowo - to właśnie dzięki Wenecji kręcę filmy.

Co to za więź?

Przygotowując się do studiów w Akademii Sztuk Pięknych, pojechałem na 35. Biennale. I właśnie wtedy świat pokazał mi bieguny swoich możliwości. Na jednym z nich znajdowali się Andy Warhol i Roy Lichtenstein, którzy byli wtedy w Wenecji, a na drugim Galleria dell'Accademia z malarstwem XV i XVI wieku. I okazało się, że mając przed sobą tak skrajne propozycje, prawdziwy zachwyt, zdecydowanie najgłębszy, przeżyłem w Galerii - przed "Burzą" Giorgione.

Ma Pan jakąś swoją interpretację tego obrazu?

Intensywność barw i wieloznaczność postaci wywołały we mnie prawdziwy wstrząs. Ale najważniejszą iskrą okazało się nieoczekiwane skojarzenie - patrząc na "Burzę", pomyślałem nagle o parku z filmu "Powiększenie" Antonioniego. Nawet usłyszałem tamten szelest liści. I przyszło mi do głowy, że gdyby Giorgione żył, to byłby reżyserem. I kręciłby takie filmy jak Antonioni. W ten sposób nawiązała się oczywista więź pomiędzy malarstwem, które wtedy studiowałem, a reżyserią. A także związek pomiędzy Katowicami a Wenecją.

Nie rozumiem.

Poczułem, że mnie, katowickiemu prowincjuszowi, o wiele bliższy jest Giorgione niż Warhol. Zrozumiałem, że prowincja jest kontemplatywna, a Warhol i Lichtenstein hałaśliwi, metropolitalni. A przecież ja nie pochodzę z metropolii. Jestem z Katowic, nie z Nowego Jorku.

I wtedy postanowił Pan studiować reżyserię?

Tak, ale to nie koniec historii. Kiedy w Łodzi kręciłem u Wojciecha Hasa pierwszą etiudę, dowiedziałem się, że do Warszawy przyjechał Antonioni. Pragnąłem się z nim spotkać, ale nie było rady - miałem umówione zdjęcia i w żaden sposób nie dawało się ich pogodzić z wyjazdem do stolicy. I kiedy tak okropnie cierpiałem, że nie mogę zobaczyć mojego "Giorgione", poinformowano nas, że Antonioni przyjedzie do Łodzi. A kilka godzin później, kiedy siedziałem w obskurnym studiu Filmówki, drzwi nagle się otworzyły i wszedł Antonioni z rektorem... Nie mogłem się ruszyć z wrażenia. Aż Maria Kornatowska musiała mi zwrócić uwagę, że powinienem wstać i przywitać się z gościem. Wstałem więc, podszedłem, a on podał mi rękę i powiedział: "Buona fortuna"... Momentalnie zobaczyłem całą tę niesamowitą klamrę - człowiek, który w Wenecji, poprzez "Burzę" Giorgione, sprawił, że zająłem się kinem (i byłem teraz w łódzkim atelier), przyjechał do Polski, pojawił się na jednym jedynym planie filmowym, i był to akurat plan mojej etiudy.

Koło się zamknęło?

Wcale nie, domyka się może dopiero w tej chwili. Bo proszę sobie wyobrazić, że premiera "Ogrodu..." miała miejsce w weneckim kinie Giorgione.

Bardzo tajnym kodem przemawia ta Wenecja, prawda?

O, tak! Bo Wenecja jest na antypodach owej potwornej choroby, która gnębi nas wszystkich. Która jest dla mnie prawdziwą kaźnią - bylejakości. Zezwierzęcenia. W Wenecji co dzień staję oko w oko z ludźmi, którzy po to, by powiedzieć coś ważnego poprzez ukryty gdzieś na zapleczu kamień, byli gotowi ściągnąć go z drugiego końca świata. Kiedy idę placem Świętego Marka, wciąż pamiętam, że komuś chciało się skonstruować go tak, żeby jedni widzieli w nim prostokąt, a inni geometrię sakralną.

Pan w swoim ostatnim, weneckim filmie nagle wypuszcza białego pieska. Można wiedzieć, że jest to piesek z "Kurtyzan" Carpaccia, ale można również tego nie wiedzieć. Przesiąkł Pan chyba tym weneckim językiem, prawda?

Oj, lubię go, lubię. A wie pan, że ten język może być nie tylko wenecki?

Również katowicki?

Katowicki, warszawski... Wszystko ma jakieś ukryte znaczenia. A w Katowicach na niektórych budynkach są na przykład masońskie znaki. Wystarczy zadrzeć głowę i je poczytać.