Wywiady

Interviews

Sztuka czyli cudowność doświadczenia zwanego życiem
Tomasz Gil, Hanna Gil, Jagoda Sondej
Źródło: Venedi.com
Treść wywiadu
Lech Majewski jest malarzem, tworzącym obrazy przed którymi spędzamy najwięcej czasu - filmy. Do Seattle przyjechał, aby zaprezentować na 11 Festiwalu Filmów swój najnowszy film "Angelus". Przedtem dał się poznać wszystkim jako reżyser wspaniałego filmu "Wojaczek". Urodził się w Katowicach, ale jest właściwie obywatelem świata - tworzy w Polsce, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych. Jest poetą, pisarzem, kompozytorem, mistrzem operującym różnorodnymi narzędziami, aby jak najlepiej wyrazić swoje fascynujące wizje artystyczne, gdzie kolor zamienia się w dźwięk, a słowo w obraz. Akcja jego ostatniej książki "Metafizyka", wydanej jesienią 2002 przez Wydawnictwo Literackie, rozgrywa się w Wenecji, przez której labirynt uliczek i kanałów autor potrafi przeprawiać się prawie nie spotykając turystów, będąc długoletnim mieszkańcem tego sławnego miasta.

TG: Chciałbym spytać o źródła pańskiej kariery artystycznej. Zaczął pan od studiowania sztuk pięknych, a potem przeszedł pan bardzo szybko do filmu. Jaki widzi pan związek między statycznymi sztukami wizualnymi a filmem?

LM: Podstawowy. Myślę, że film jest kontynuatorem sztuki obrazowej. Jest to myślenie obrazami. Będąc nastolatkiem jeździłem na wakacje do Wenecji. Pamiętam, że przygotowywałem się wtedy do egzaminów na Akademię Sztuk Pięknych i zetknąłem się w czasie 36 Biennale w Wenecji z awangardą światową. Na mnie jednak działało stare malarstwo: stałem przed "Burzą" Giorgione i zdałem sobie sprawę, że jest w niej podobny klimat do tego, który istnieje w "Powiększeniu" Antonioniego. To był dziwny przeskok myślowy, ale bardzo brzemienny w skutki dla młodego człowieka w okresie formatywnym, bo równocześnie ze zdawaniem na Akademię Sztuk Pięknych zdałem na reżyserię do Szkoły Filmowej. Moimi mistrzami w malarstwie i w kinie byli Włosi: Fellini, Antonioni i Pasolini. Myślę, że mam duszę renesansową i włoską , bo param się różnymi dziedzinami i myślę wizualnie. Ale moją genealogią jest poezja i obraz, zaczynałem jako poeta i malarz. To co robię teraz jest operowaniem skrótem i obrazem.

TG: Wydaje się, że film jest bardziej spokrewniony z malarstwem niż z teatrem. Czy Pan by się z tym zgodził? Film owszem posługuje się aktorami, ale jego ostateczną formą jest obraz - tyle że ruchomy, a aktor pozostaje narzędziem.

LM: Niemniej jednak w filmie wyrażają się pewne treści inaczej niż w malarstwie i aktorzy muszą te treści dobrze przedstawić. Lub nie-aktorzy. Postać Wojaczka w filmie grał chłopak (Krzysztof Siwczyk, przyp. redakcji), którego znalazłem niemalże na ulicy. Poeta, student filozofii i beznadziejny aktor. Gorszych zdjęć próbnych nie widziałem w życiu u nikogo. Był po prostu drętwy, sparaliżowany, jąkający się, drżący, niepewny, wszystko co najgorsze, wszystko co nie sprzyja otwarciu się przed kamerą. Równocześnie robiliśmy "casting" czyli obsadę do "Wojaczka" wśród najbardziej znanych i popularnych młodych aktorów w Polsce. I tak jakoś wracałem do tego "złego", do tego amatora, myślałem, że on ma coś czego tamci nie mają, to znaczy, że ma osobowość i że ona jest zakopana pod różnego rodzaju niepewnościami i nadmierną świadomością własnego ciała. Podobne uczucie towarzyszy nam kiedy wychodzimy na parkiet taneczny i wydaje się, że wszyscy patrzą tylko na nas.

JS: To jak się stało, że ten beznadziejny chłopak stworzył tak prawdziwą postać Wojaczka w filmie?

LM: Ja się uparłem, że jednak bym chciał jego. Oczywiście mój producent był przerażony. A mnie się podobało coś w nim, po prostu podobało mi się, że był surowy. Zacząłem z nim robić próby, nie związane z tematem Wojaczka. Mówiłem: a teraz zrób to, a teraz zrób tamto. I widziałem, że on brnie coraz bardziej w paraliż, w taki lęk absolutny. A jemu bardzo zależało, żeby zagrać Wojaczka. Pomyślałem sobie, że człowiek jest w jakimś sensie okrągły, jak Platon mówił, to znaczy jest w kształcie koła i jak jest na jednym ekstremum to jemu jest bliżej do drugiego ekstremum niż do środka. Bliżej jest z miłości do nienawiści niż do zwykłej obojętności. Wobec tego on ma bliżej do ekshibicjonizmu niż do normalności. Zacząłem stosować technikę "tao", mianowicie, aby popchnąć go jeszcze bardziej w sztuczność, jeszcze bardziej w paraliż. A działo się to zanim "reality tv" było w modzie i powiedziałem mu: wiesz co - rodzice jego mieli kamerę - nagrywaj wszystko, jak chodzisz po domu, opowiadaj do kamery, że teraz robisz krok, a teraz siadasz ... I on to robił. I sztuczność odpadła. Dostał później nominację na najlepszego aktora europejskiego.

JS: "Wojaczka" nakręcił Pan w Polsce. Czy spędza Pan w Polsce dużo czasu czy przebywa Pan głównie za granicą?

LM: Opowiem, jak wyglądał dotychczas mój rok. W styczniu i lutym byłem w Wilnie i reżyserowałem "Carmen". Potem w marcu byłem w Nowym Jorku, bo w Museum of Modern Art pokazywano moją operę "Pokój saren". Napisałem do niej libretto i, wspólnie z Józefem Skrzekiem, muzykę.

HG: "Pokój Saren" zrobił Pan w trzech formach: film, operę i tzw. instalację.

LM: Kolejność była taka: najpierw zrobiłem normalną operę. Wkrótce potem przedstawiciele firmy nagrań Polygram zaproponowali, że nagrają płytę, którą przepięknie wydano wraz z libretto na dwu kompaktach. Europejski Związek Kompozytorów Muzyki Współczesnej wybrał "Pokój Saren" do finałowej dwunastki spośród 600 oper współczesnych, otwierających nowe kierunki w muzyce. Poczem telewizja polska zaproponowała zarejestrowanie tej opery, żeby pokazać na "dwójce". A ja powiedziałem, że nie, bo zrobiłem to jako operę na scenie i to nie jest tak, że się idzie na scenę i kręci. Są pewne zabiegi sceniczne, scenograficzne, których kamera po prostu nie zrealizuje. Natomiast zgodziłem się na ciąg obrazów w mojej głowie, który towarzyszył powstawaniu muzyki. Tak powstał samoistny film "Pokój Saren", który został zaproszony na Festiwal Filmowy do Mar del Plata. Zobaczył to kurator Muzeum Sztuki Współczesnej w Buenos Aires i stwierdził, że jego zdaniem to jest malarskie dzieło sztuki, używające nowoczesnych środków i chce je wystawiać jako, padło określenie, wideo-fresk. Obecnie "Pokój Saren" pokazywany jest jako stała ekspozycja w osobnej sali, oglądają to studenci sztuki i ku mojemu zdziwieniu mam fan club w Buenos Aires. Ten wideo-fresk pokazywany był w zeszłym roku na Biennale w Wenecji i w marcu tego roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Tak więc z Wilna, po zakończeniu wystawiania "Carmen", pojechałem do Nowego Jorku pokazać "Pokój Saren". W kwietniu otwierałem "Angelusa" w Niemczech: Lubeka, Hanover, Kolonia. Pod koniec kwietnia pojechałem do Wenecji, przygotowywałem film, 14 czerwca rozpoczęłem zdjęcia do nowego filmu, w sierpniu kręciłem w Londynie, a 4 września pojechałem do Heidelbergu robić "Operę za Trzy Grosze" i równocześnie w Duesseldorfie przygotowywać spektakl "Tramwaj". Tydzień temu miałem premierę w Heidelbergu, a pięć dni temu w Duesseldorfie. A teraz jestem tu. A w drodze tu jeszcze musiałem być w Warszawie, bo dostałem nagrodę Felliniego - "za robienie swojego w filmie" brzmi orzeczenie. Kazimierz Kutz wręczał mi nagrodę. A tu przyleciałem w piątek. Strasznie długi był dzień, bo aż 33-godzinny.

TG: Wiele lat spędził Pan w USA, kręcił Pan tu filmy: Flight of the Spruce Goose, Gospel According to Harry, Basquiat. Jak Pan może skomentować "American movie industry"?

LM: Pan to już świetnie skomentował: it's an industry. Skończmy rozmawiać o sztuce, zacznijmy o industry, to wtedy możemy przeprowadzić logiczną rozmowę na ten temat.

TG: Przykładem tego jest chyba film "Basquiat", który zaczął pan robić, ale nie doprowadził do końca.

LM: Po 3 latach szamotania się z dystrybutorami i z inwestorami, z wybielaniem Basquiata i z jego idealizacją po prostu zrezygnowałem z reżyserowania. Napisałem scenariusz, który w Polsce wydano jako książkę. Wojaczek był moim Basquiatem, odpowiedzią na niemożności Basquiata. Jak patrzę na "Wojaczka" to widzę, że żyje własnym życiem. Jak mówił mój przyjaciel "Pan Bóg polubił ten film i przyszedł mu pomóc." Zrozumiałem to, kiedy w szkole filmowej spędziłem dwa miesiące w łóżku polowym z Fellinim, bo ja pisałem pracę dyplomową z "8 1/2". Było to w czasach "przed wideo" i żebym zanalizował ten film dano mi z archiwum szkolnego puszki z taśmą filmową i stół montażowy w szkole. Mieliśmy w barakach montażownię, tam zainstalowałem łóżko polowe. O różnych porach dnia i nocy wstawałem, oglądałem, mierzyłem, patrzyłem na różne fragmenty tego filmu. To dla mnie absolutnie magiczny film. Im bardziej patrzałem (a jestem chyba absolutnym ekspertem od tego filmu), tym bardziej uciekało to tajemnicze coś, co sprawia, że dzieło jest absolutnie koherentne, ma hipnotyczną siłę działania, jest po prostu absolutnym pięknem złapanym w sto czterdzieści minut. Potem zrozumiałem, że można takie arcydzieło stworzyć, bo Pan Bóg przyszedł i robił film razem z Fellinim.

TG: Tak, można to nazwać łaską Bożą. Tu właśnie chciałem zapytać Pana, czy jest jakaś konkurencja między religią a sztuką. Wydaje mi się, że artysta jest kimś takim, kto usiłuje, podobnie jak religia, ukazać nam życie duchowe. Czy zdaniem Pana te dwie linie konkurują?

LM: Nie, dla mnie one w ogóle nie konkurują, bo religia instytucjonalna to jest jeden aspekt rzeczywistości i jego wartość jest różna w zależności od jednostki, która temu podlega, wierzy w to lub nie. Ale jest to zawsze indywidualna ocena sytuacji, która nie da się w żaden sposób uogólnić. Natomiast sztuka, prawdziwa sztuka ma charakter religijny, bez względu na to czy jest w niej idea Boga czy nie. Sztuka jest religią, ma charakter religijny (ja jestem wyznawcą Schellinga), bo mniej lub bardziej ukazuje cudowność doświadczenia zwanego życiem. Jeżeli mam do czynienia z dziełem sztuki, które pobudza mnie duchowo, to przede wszystkim nobilituje moje życie codzienne i nadaje mu rangę. Na ogół jest to związane z poczuciem tajemnicy życia i obecności siły wyższej. Jest to sztuka w najczystszym wydaniu.

TG: To jest zupełnie inna rzecz. Po prostu język pomieszał dwie sprawy: umiejętność ze sztuką. Ci, którzy pokazują umiejętności, są głównie producentami rozrywek. A rozrywki są po to, żeby odsuwać człowieka od poważniejszych spraw, a nie je przybliżać.

LM: Kierkegaard powiedział, że człowiek unikający rozmowy z Bogiem jest człowiekiem szukającym rozrywki.

TG: Chciałbym nawiązać teraz do"Angelusa".

LM: Film jest z jednej strony transcendentalny, a z drugiej rubaszny. Bardzo interesowało mnie zderzenie skrajności, kontrast maksymalny między Rabelaisowską wręcz rubasznością tych ludzi, a wyznawaną przez nich filozofią. Ci górnicy w filmie jak klną to klną siarczyście, jak mówią, to dosadnie. Nawet Marek Piwowski w pewnym momencie powiedział, patrząc na mój film, - teraz rozumiem jak to jest, czym się śląski różni od polskiego - Ślązacy mówią głośno, oni to chyba mają po Niemcach, bo nie byli w konspirze, a Polacy całe życie konspirowali i mówią "szszsz", "cz", "ś"... i zaczął wydawać ciche, dźwiękonaśladowcze polskie głoski. I to jest języki polski, a śląski to jest "chopie". I to mnie interesowało, zderzenie małego z wysokim: z jednej strony mamy "prymitywów", a z drugiej strony wyznawców transcendentalnej filozofii. Przyboś mówił, że jak się ma dzieło sztuki, to powinno się od razu znaleźć pewien uproszczony rysunek w głowie. Ja lubię takie piony, napięcia, diapazony, które fizycznie powodują przepływ ładunków.

TG: No cóż, dziękujemy bardzo za ciekawą rozmowę. Chyba będziemy musieli zacząć maszerować w stronę naszego kina - na pokaz "Angelusa".

Rozmowę przeprowadzili w Seattle Tomasz Gil, Hanna Gil i Jagoda Sondej (Listopad 2002).