Wywiady

Interviews

Szukam rajów
Jerzy Wójcik
Źródło: Rzeczpospolita 2004 nr 59
Treść wywiadu
Jerzy Wójcik: Dlaczego wybrał się pan do świata Boscha? Aby zachęcić widzów do rozważań o istocie bytu?

Lech Majewski: Traktuję życie jak podróż przez różne kraje, dziedziny sztuki, języki i sposoby wypowiedzi. Dante, Bosch zawsze mnie fascynowali. W ich niezwykłych światach obraz człowieka jest kompletny. Interesuje mnie wchodzenie w takie uniwersum. Dziś artyści stronią od wielkiego tematu. Uprawiają mały realizm, powiem – mikrorealizm, a galerie sztuki są pełne śmieci. Po ciężkich doświadczeniach osobistych szukałem ukojenia w sztuce, która pomogłaby mi przeżyć kryzys, poprowadziłaby mnie w stronę piękna, stanu łaski. A współczesna twórczość tylko rozjątrzała moje rany.

Świat Boscha nie jest krainą łagodności, lecz tajemnicy, grozy.

Zgoda, lecz Bosch usiłował stworzyć pędzlem również raj na Ziemi. Zważywszy na epokę, była to heroiczna próba przekonania współczesnych, że raj jest tu i teraz. W „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” człowiek pokazany jest w symbiozie z roślinami i zwierzętami. W części środkowej tryptyku wyraźnie widać przedziwne zespolenie nagich postaci ze światem, który je otacza. Kręgi ludzkie wokół znaków zodiakalnych, sugerują złudzenie szczęścia. Dla mnie namiastką takiej szczęśliwości jest finałowa sekwencja w „Osiem i pół” Felliniego, kiedy ludzie areny cyrkowej, skazani na bezczynność po oświadczeniu Guido, że nie będzie robił filmu, zaczynają tworzyć taneczny krąg. W „Angelusie” pokazałem, że śląscy malarze okultyści niczym uczniowie Boscha też chcą opisać wszechświat: kosmos, dzieje Hitlera, Stalina. I szukają sposobów odkupienia win sprowadzonych na ludzkość w XX wieku. Niedawny pokaz „Angelusa” w Paryżu Francuzi przyjęli entuzjastycznie. Dopatrzyli się w moim filmie poetyckiej kosmogonii, próby syntezy wiedzy i wiary; spodobał im się wywód, że bohater „Angelusa”, niewinny nagi idealista, stojący na hałdzie, może odkupić świat.

Boczna kwatera tryptyku Boscha jest wizją piekła.

Centralną postacią tej części jest autoportret malarza, może chce nam powiedzieć, że nie możemy cofnąć czasu, owoc zakazany zjedliśmy, umiemy odróżniać Dobro od Zła, a zatem jesteśmy skazani na życie, czyli na raj i na piekło.

Na piekło gorzkiej egzystencji, jak w „Wojaczku”?

„Wojaczek” jest mrocznym filmem o sytuacjach krańcowych. O śmierci. Jednak to, co oglądamy w finale z muzyką Mikołaja Góreckiego, jest dla mnie stanem łaski.

Możliwość tworzenia jest stanem łaski?

Tak uważam.

Piękno biblijne, raj to zapomniane dziś słowa.

Według Platona piękno w sensie apolińskim jest harmonią różnych elementów; twierdził on jednak, że ważniejsze jest anamnezis, czyli przypomnienie tego, że żyliśmy kiedyś w Arkadii, która nam się czasami śni. Goethe nazwał muzykę architekturą w czasie. Kafka napisał w „Miniaturach”: Adam i Ewa żyli w raju, co się stało z przeznaczeniem Adama i Ewy wiemy, lecz nie wiemy, co się stało z przeznaczeniem raju.

W filmowym „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” pokazał pan przekornie, czym jest ludzkie ciało – ile jest w nim wody, węgla, żelaza, cynku… Oglądamy materię, duch jest w raju?

Przygotowałem w Katowicach przed laty wystawę „Wypadek” z grobowcem zmarłej kobiety, wzorowanym na egipskich, z balsamowaniem przedmiotów osobistych włącznie. Pokazałem też pierwiastki składające się na ludzkie ciało oraz cysternę, która obrazowała ilość krwi przepompowywanej przez serce i ogromny sześcian ukazujący objętość powietrza pompowanego przez płuca. Nakręciłem o tym film, muzykę napisał Górecki. „Wypadek” pokazują muzea sztuki w Nowym Jorku, Rio de Janeiro, Paryżu.

Balansuje pan między tajemnicą metafory, symbolu a konkretem liczby. Powieść „Metafizyka”, według której powstał „Ogród…” jest konfrontacją postaw wrażliwej historyczki sztuki i projektanta statków morskich szukającego matematycznych i technicznych rozwiązań, mogących sprostać prawom fizyki i sztormom.

Od tysiącleci człowiek stara się poznać tajemnice i opisać „świat”, uporządkować go wedle potrzeb, ale okazuje się, że nie jest to łatwe, bo nawet prostota ma największe tajemnice. Każdy bok kwadratu może wyrazić liczba 1, przekątna tego kwadratu jest niewyliczalna. Wiemy, czym jest koło, a liczby pi też nie możemy wyliczyć do końca.

W beletrystyce staram się unikać ciężary naukowej terminologii. Najważniejszą kwestią jest dla mnie tajemnica życia, które jest pełne paradoksów. Nauka stara się dziś stworzyć technologiczną namiastkę rajów: w nowoczesnych domach pojawiają się sztuczne słońca, gigantyczne ekrany, odbiorniki reagujące na głos właściciela. Interaktywne gry umożliwiają galopady po rozmaitych wielowymiarowych przestrzeniach. Ale w tych rajach oferuje się okrucieństwo, łaźnie krwi: w dziecięcych grach komputerowych liczą się ci zawodnicy, którzy potrafią „rozwalić” przynajmniej 60 osób na minutę. Patrzę na powielane „mechaniczne pomarańcze” i konstatuję z niedowierzaniem, że zło ma się tak znakomicie, gdyż jest dziś najlepiej finansowaną dziedziną.

Od narodzin „Rycerza” buduje pan w swych filmach własną poetycką czasoprzestrzeń pełną symboli, kodów, światów równoległych, przypadków. Wierzy pan w nie?

Symbolika jest efektem syntetycznego myślenia, dlatego lubię. Nasza wiedza jest ograniczona, nasz aparat percepcyjny ubogi, a zmysły przystosowane są do funkcjonowania w określonym polu grawitacyjnym, zatem przypadków i tajemnic jest wokół dużo. Leibniz twierdził, że nie ma przypadków, są tylko prawa, których nie znamy. Może dla wyższych inteligencji prawem jest to, co człowiek uważa za przypadek? Przyzwyczajeni do trzech kartezjańskich wymiarów nawet z czwartym wymiarem – Einsteinowskim czasem względnym – mamy już kłopoty. A przecież mogą jeszcze istnieć inne wymiary.

Czy polifoniczny język kina jest dla pana za ubogi, dlatego realizuje pan również opery?

Szukam większego obrazu. W operze kocham język muzyki i na niej buduję swoje wizje, a na drugim, trzecim planie opowiadam także historie ukryte.

Doceniono przed laty pana talent, zaproszono do Hollywood. Nie zainteresował się pan jednak strzelaninami i superprodukcjami. Woli pan kręcić filmy skromniejsze, trudniejsze?

I to jest moja słabość. Straszna przywara, wyznam… Z daleka Ameryka kojarzy się nam z pionierami, odkrywaniem nowego, poszukiwaniami, na miejscu zaś okazuje się, że Ameryka nowego boi się najbardziej, kocha jedynie sprawdzone wzory. Miałem romans z Hollywood, zdecydowanie wolę jednak Europę.

I Wenecję?

To miasto kocham. Jest w nim jeszcze trochę ziemskiego raju, choć ziemia jest zalana wodą, która cudem podtrzymuje kamienie.