Wywiady

Interviews

Zbawiony przez Sztukę
Jerzy Szerszunowicz
Źródło: "Kurier Poranny" 2005, nr 92.
Treść wywiadu
Jerzy Szerszunowicz: Robił pan filmy w Polsce i USA, w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Gdzie najłatwiej powstają dobre filmy?

Lech Majewski: - W głowie - to takie miejsce, gdzie wszystko wychodzi tak, jak chcemy. Fellini mówił, że jak piętnaście procent z tego, co jest w głowie, uda się przenieść do filmu, to już jest świetnie. W ogóle sukcesem jest, że powstaje cokolwiek, co nie jest komercją. Świat poszedł zdecydowanie w stronę taniej zabawy. Panuje dyktat rozrywki. Człowiek musi się rozerwać – na strzępy. A gdy się tak porozrywa, to go właściwie nie ma, bo żyje cudzym życiem bohaterów telenoweli. Własne spędza w pracy, a gdy przychodzi do domu, włącza telewizor i przenosi się do świata telenoweli, gdzie wszyscy są czyści, upudrowani i mają umyte włosy. I zwracają się do siebie per "Karolu", "Mario" czy "Ewo, może przyniosłabyś mi szklankę herbaty". Porozumiewają się pełnymi zdaniami – tak jak uczyła pani polonistka w szkole podstawowej. Poetyka telenoweli przenika też do kina. Powstaje sporo filmów kompletnie fałszujących rzeczywistość.

Powiedział pan na spotkaniu w białostockiej Famie, że kino jest dla idiotów...

Może to przesada - nie całe, ale, niestety, znaczna jego część. Latam często samolotami. Filmy, które mają uprzyjemniać wielogodzinne podróże są takie, że po prostu wstyd je oglądać. Do kina praktycznie nie chodzę. Jestem członkiem Związku Reżyserów Amerykańskich, członkiem Związku Reżyserów Amerykańskich, członkiem Europejskiej Akademii Filmowej - z tego tytułu dostaję mnóstwo filmów, które oglądam w domu.

To musi zajmować strasznie dużo czasu...

Nie mam obowiązku oglądania wszystkich. Poza tym, gdy film zaczyna mnie denerwować, czy w otwarty sposób epatować złem, to go wyłączam - nie widzę powodu, by dalej się męczyć...

Przy wielu okazjach podkreśla Pan, że współczesne kino epatuje złem. To rodzaj obsesji czy rzeczywiście mamy do czynienia z jakimś groźnym zjawiskiem?

Zło ma zielone światło w przemyśle filmowym. Gdy ktoś napisze scenariusz, którego główną postacią jest zboczeniec mordujący w wyrafinowany i szczególnie okrutny sposób swoje ofiary, to natychmiast znajdą się pieniądze na realizację. Ale mając scenariusz o Matce Teresie trzeba się napracować, żeby w ogóle ktoś to zechciał przeczytać. Zrobienie filmu o dobrym człowieku jest niemal niemożliwe. Akt dobra jest mało widowiskowy. To jest tak, jak mówi Tarantino: chętniej oglądam samochód wybuchający, niż parkujący. To jest jedna z fundamentalnych prawd na temat kina. Drugą prawdę powiedział Ingmar Bergman: istotą kina jest rytualizacja przemocy. Oglądając pod tym kątem, łatwo zauważyć, że mnóstwo doskonałych, trzymających za gardło filmów opiera się na rytualizacji i celebracji aktów przemocy.

Może kino celebruje zło i przemoc, bo chce ukazać rzeczywistość, w której żyjemy?

Nie jestem tego pewny. Znam sporo ludzi wiodących spokojne, banalne życie, którzy są fanatykami mrocznych, pełnych przemocy i okrucieństwa filmów. W Ameryce ludzie zawsze są uśmiechnięci, a na pytanie, jak się mają, odpowiadają: great, fantastic! Jak ktoś zaczyna narzekać, to bez wątpienia jest Europejczykiem, a najpewniej Polakiem. Za to w nocy, gdy włączy się telewizor, to objawia się zupełnie inny świat. Mam w Los Angeles telewizor, który odbiera dwieście stacji. Czasem siadam i oddaję się channel surfing – skakaniu po kanałach. Na ponad połowie trafiam na reklamy, na pozostałych albo komuś oko wydłubują, albo jakiś furiat lata z piłą mechaniczną i stara się komuś coś obciąć... To wszystko, co jest zapuszkowane w głowie pod plastikowym uśmiechem i promiennym optymizmem, w nocy wychodzi jak robactwo przez wciąż rozgałęziające się kanały telewizyjne...

Czy kino polskie też jest dla idiotów i zakamuflowanych sadystów?

Kino polskie właściwie nie istnieje. Jeżeli kino amerykańskie można porównać do sporego miasta, kino polskie jest wioską zamieszkiwaną przez kilkaset osób. A do tego sytuacja prawna w Polsce sprawia, że właściwie nikt nie widzi interesu w robieniu filmów. Nawet jak się pojawi ciekawa inicjatywa - np. odbierania kilku procent od dystrybutorów i nadawców telewizyjnych na filmy – to natychmiast zaczyna się krzyk, że okrada się społeczeństwo. Jak się zabiera pieniądze na czołgi, to nikt nie protestuje, ale jak na kino, to zaraz jest raban.

Czy w tej sytuacji jest jakiś ratunek dla polskiej kinematografii?

Kinematografię polską mogą uratować talenty, ale muszą mieć możliwość wypowiedzenia się. W sytuacji, gdy brakuje pieniędzy przepadają projekty ambitne, a promuje się beztalencia. Bo kino ambitne zawsze niesie ze sobą ryzyko, a chałtury są bezpieczne. Przeciętniactwo ma się świetnie w każdym systemie, w każdych czasach. To jest stara, niezmienna prawda. Spore nadzieje można wiązać z digitalizacją. Mamy do czynienia z czymś, co nazwałem neorealizmem cyfrowym. Dostępność technologii (małe kamery cyfrowe, domowy komputer jako stół montażowy) daje nieograniczone możliwości. Poza tym młodzi ludzie nie muszą już chodzić do jakiegoś decydenta, prosić, zatwierdzać, całować po rękawach, czyścić klamki i korytarze. Biorą kamerę i robią takie kino, jakie chcą robić. Dzięki temu udaje się im złapać rzeczywistość – czuć prawdę w tym, co robią. Tak było kiedyś we Włoszech po II wojnie światowej. Przemysł filmowy leżał w gruzach, były tylko małe, wojskowe kamery. Twórcy kina wyszli na ulice, postawili przed kamerą naturszczyków. W pewnym momencie z tego tłumu wyłoniły się Anny Magnani, Sophie Loren, Giny Lollobrigidy. Pojawił się Fellini...

A może przeminęły bezpowrotnie czasy takiego kina, jakie Pan preferuje. Może kino to jarmarczna rozrywka, a nie kontemplacja, sposób na kontakt z Absolutem.

Sztuka - a wierzę, że kino może być Sztuką - jest naszym kołem ratunkowym. Tak twierdził romantyczny filozof Friedrich Wilhelm Schelling. Uważał, że sztuka może być stanem łaski, może nas zbawić...

A pan w to wierzy?

Oczywiście. Gdyby nie Sztuka, to bym już nie żył. Nie interesuje mnie życie w świecie pozbawionym Sztuki. Świat ludzi jest często tak głupi i ograniczony, tak dużo w nim zła i wulgarności, że bez Sztuki nie potrafiłbym w nim przetrwać.

Ale nie każda Sztuka zbawia...

Nie wszystko, co człowiek nazywa Sztuką, zasługuje na to miano. Im bliżej naszych czasów, tym więcej rzeczy pretenduje do miana Sztuki, a jest tylko i wyłącznie prowokacją, chęcią zaznaczenia wybujałego ego. Często zamiast Sztuki mamy do czynienia z histerycznym krzykiem twórcy, którego społeczeństwo nie zauważyło. W odwecie on instaluje genitalia na krzyżu. A czy atak na symbole religijne staje się Sztuką? Nie wydaje mi się. Choć wiele mediów usiłuje przekonać nas, że jest odwrotnie.

A może odbiorcą trzeba wstrząsnąć, żeby coś do niego dotarło?

Wstrząsnąć przez obrażanie? A po co?! Co do odbiorcy dotrze poza tym, że ktoś go obraża? Równe dobrze można chodzić po ulicy i walić wszystkich w szczękę. Gwarantuję, że wstrząs będzie jeszcze większy. A najlepiej strzelać... To jest takie bałamutne tłumaczenie. Kto powiedział, że Sztuka powinna wstrząsać ohydą i obrażaniem? Człowiek wstrząsany zamyka się, izoluje - staje się odporny na jakiekolwiek wstrząsy, czyli sadystyczne oddziaływania artystyczne.

Rozmawiał Jerzy Szerszunowicz

* * *
Lech Majewski - urodzony w Katowicach reżyser filmowy i teatralny, pisarz, poeta i malarz. Jest członkiem Gildii Reżyserów Amerykańskich i Europejskiej Akademii Filmowej. Debiutował jako samodzielny reżyser filmem "Rycerz" (1980). W 1981 roku został zaproszony na Festiwal Kultury Średniowiecznej w Cambridge i od tamtej pory pracuje i mieszka poza Polską. Kolejne filmy w jego dorobku to "Lot świerkowej gęsi", "Więzień Rio", "Ewangelia według Harry'ego", "Basquiat" (scenariusz), "Wojaczek", "Angelus", "Ogród rozkoszy ziemskich". Majewski jest też znany i cenionym pisarzem (m.in. "Metafizyka", "Hipnotyzer") twórcą opery (wysoko oceniany "Pokój Saren"), reżyserem teatralnym. W dniach 12-13 kwietnia w Białymstoku odbył się festiwal filmów Lecha Majewskiego zorganizowany przez Studenckie Koło Naukowe INTEgRa i Filologiczne Koło Filmoznawców UwB przy pomocy Białostockiego Ośrodka Kultury. Lech Majewski przybył osobiście na festiwal: Zaprosiła mnie osoba, która pisze pracę magisterską na mój temat, wspomagała ją promotorka, a do tego jeden z pracowników naukowych postanowił założyć moją stronę internetową, bo ceni sobie moje książki. Jak jest tylu miłych ludzi, to trudno zlekceważyć propozycję i nie przyjechać.