Wywiady

Interviews

Błędny rycerz
Danuta Lubina-Cipińska
Źródło: Rzeczpospolita 1998, nr 297 (dod. nr 51)
Treść wywiadu
Danuta Lubina-Cipińska: Niedawno zakończył pan w kraju zdjęcia do fabularnego filmu poświęconego Rafałowi Wojaczkowi. Dwa lata wcześniej z pana udziałem – jako autora scenariusz i producenta – powstał w Ameryce film o Jean-Michelu Basquiacie. Co takiego fascynuje pana w tych postaciach?

Lech Majewski: Odwaga, życie bez zahamowań. Swoboda w realizowaniu siebie.

Basquiat to amerykański Wojaczek?

Właśnie. Kiedyś rozmawiałem w Beverly Hills z producentem firmy CB 2000, która chciała współprodukować film o Basquiacie. Zapytał, z czym mi się kojarzy Basquiat. Odpowiedziałem, że z filmem „Znikający punkt”, opowiadającym historię kierowcy, który nie licząc się z przepisami próbuje przejechać Amerykę. Oczywiście prowokuje wszystkie strzegące prawa instytucje. Ginie zabity przez ich przedstawicieli. Bohater „Znikającego punktu” nazywał się Kowalski. Basquiat był właśnie takim Kowalskim. Wojaczek też. W amerykańskiej kulturze Kowalski to lekko niezrównoważony, nadużywający alkoholu mężczyzna mający coś z bohaterów Tennessee Williamsa. Gna przed siebie, jak oszalały, by skręcić sobie kark. Być może to jakaś cecha polska, słowiańska, szczególnie uwidaczniająca się na obczyźnie.

Takiej swobody w stylu Kowalskiego społeczeństwo nie akceptuje. Tak, jak nie akceptowało postawy życiowej Wojaczka czy Basquiata.

Niemniej jednak byli oni kamikadze wolności.

A pytanie o jej granice?

Granicą jest śmierć, ekspulsja poza układ. Oni przebijają ścianę. Wojaczek przebijał ciałem szklane witryny, Basquiat też. Przechodzenie przez szybę także i dla mnie jest obsesją. W „Locie świerkowej gęsi”, pierwszym zrealizowanym przeze mnie filmie w Ameryce, bohater, by porwać dziewczynę, którą kocha, rozbija samochodem szybę sklepu. Przechodzący przez szybę – tak jak Wojaczek czy Basquiat – to ludzie, którzy nie chcą być zamknięci w akwarium.

Szyba więc byłaby współczesnym symbolem granicy oddzielającej człowieka od wszelkiego rodzaju marzeń i spełnień?

Właśnie. Ile rzeczy, które nas nęcą, widzimy za szybą, w witrynach sklepowych. Dźwięki czy obrazy rozświetlające mroczne pokoje w domach też płyną zza szyby ekranu telewizyjnego. Za tą ścianą płynnej krzemionki dzieje się inna rzeczywistość, a my śnimy o niej. Śniąc zaś, jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Idealny obywatel siedzi i ogląda wszystko, co mu się podsuwa do oglądania.

Bunt wobec społecznych norm krępujących swobodę to postawa nie nowa. Wiek wcześniej uosabiał ją na przykład Artur Rimbaud. Wojaczek jest na pewno jego spadkobiercą, ale czy Basquiat? Tu mam wątpliwości, Rimbaud, Wojaczek drażnili mieszczuchów, zaś Basquiat obracał się przecież w towarzystwie nowojorskich snobów. Jego obrazy szły jak świeże bułeczki.

Lata 80. obfitowały w boom ekonomiczny, podsycany nowym wtedy wynalazkiem karty kredytowej. Młodzi ludzie, którzy pracowali na giełdzie, zarabiali ogromne pensje, a najbogatsi Amerykanie charakteryzują się tym, że kolekcjonują sztukę. Ameryka to jedyny poza Niemcami kraj na świecie, gdzie współcześni artyści sprzedawani są na pniu za ogromne sumy pieniędzy. Ci wszyscy młodzi brokerzy, maklerzy usiłowali też stworzyć swój rynek, lansując artystów, którzy odpowiadali młodej estetyce. Basquiat piszący swoje haiku, owe poetyckie telegramy na ścianach Manhattanu działał na podświadomość. Autor sformułowań w stylu „Kobieta kangur sprowadza deszcz”, uprawiając sztukę ulicy, wyrażał ducha epoki. Dziś cała muzyka pop jest muzyką nowojorskiej ulicy. Rap to nowojorska ulica. Basquiat to też nowojorska ulica.

Z Nowego Jorku przenieśmy się do Mikołowa – rodzinnego miasta Rafała Wojaczka, a potem do Wrocławia – gdzie poeta szukając miejsca dla siebie znalazł śmierć. Mikołów i Wrocław – jakaż to skala dla Nowego Jorku?

To skala człowieka. Nie sądzę, że skalą jest miasto. To Wojaczek ma swoją skalę, która nie ulega pomniejszeniu, redukcji poprzez skalę geograficzną czy urbanistyczną. Wojaczek to podobna dusza do Basquiata. Buntownik, polski James Dean. A mnie interesują buntownicy. Sam się buntowałem. Wyrzucili mnie z dobrego liceum w centrum Katowic, skończyłem „Oksford” – liceum w odległej dzielnicy Katowic Ochojcu tak nazwane, gdyż trafiali tam „specjalnie uzdolnieni” chłopcy.

To wspólny rys pana biografii z Wojaczkiem, który usunięty z liceum w rodzinnym Mikołowie trafił do liceum w Ligocie – też na peryferiach Katowic. Marzył pan, by podążyć jego drogą?

Tak. Wojaczek jest mitem. I Basquiat też. A mitologia jest jedyną rzeczą, jaka moim zdaniem ma sens w dzisiejszych czasach. Całe życie koncentruje się na mitologii. Inscenizacja „Odysei” – najpierw u Szajny w Warszawie, a potem w Londynie – to przecież mitologia. Chłopak, który porywa dziewczynę do Hollywood w „Locie świerkowej gęsi”, to mitologia kultury masowej. Rio do Janeiro w filmie „Więzień Rio” to też pewnego rodzaju mitologia. Cały czas podążam śladami moich mitów, głównie z młodości. Nie tknąłbym Basquiata, gdyby nie moje przeżycie Wojaczka i jego poezji. Pamięciowy portret Wojaczka był impulsem, który skierował mnie do tego, by trzy lata poświęcić śledzeniu losów Basquiata, w wyniku czego powstał scenariusz filmu.

Filmu w gwiazdorskiej obsadzie, z Jeffreyem Wrightem, Davidem Bowiem, Garym Oldmanem, Denisem Hopperem i Willemem Defoe. Filmu bardzo dobrze przyjętego w artystycznych kręgach Ameryki i Europy Zachodniej. A w Polsce?

Chyba w ogóle nie został dostrzeżony. Sądzę, że tutaj jest trochę za wcześnie na film o Basquiacie. Polska odkrywa Andy Warhola z 1965 roku. A teraz Christo – to też lata 60. Poziom świadomości tego, co dzieje się w światowej sztuce wizualnej jest w Polsce bardzo niski. To nie jest podatny grunt, aczkolwiek już coś się zmienia.

To odwróćmy sytuację. Zakończył pan zdjęcia do filmu o Wojaczku. Czy ma on szanse ukazać się poza polskimi granicami?

Jeżeli to będzie dobry film, to sądzę, że tak. Przykładem jest mój „Pokój saren” – film, który zrobiłem w Polsce, a który poprzedziła inscenizacja autobiograficznej opery, którą skomponowałem wspólnie z Józefem Skrzekiem i wystawiłem w 1996 roku w Operze Śląskiej w Bytomiu. Telewizja Polska, która finansowała film, pozwoliła mi stworzyć autonomiczną wersję filmową „Pokoju saren”, nie zaś adaptację opery. Co z tego wyszło? Film został wyemitowany w późnych godzinach nocnych w telewizji i na tym się skończyła jego rola w Polsce. Natomiast ma bardzo szczęśliwy żywot festiwalowy poza Polską. Chociażby w tym roku był pokazywany na festiwalu w Biarritz i w La Rochelle, skutkiem tych prezentacji była kolejna w Pałacu Chaillot w Paryżu, która odbiła się głośnym echem dzięki m.in. audycjom Radio France. Za chwilę lecę z nim na festiwal do Montrealu, a potem do Buenos Aires, zaprasza mnie Berlin. Film krąży więc po świecie.

Klimat „Pokoju saren” jest odmienny niż nastrój filmów o Basquiacie czy Wojaczku. Gdy oni wytyczają granice wolności, „Pokój saren” opiera się na bardzo tradycyjnych wartościach: domu, miłości, ciepła rodzinnego.

Tak, ale język, którym operuje jest bardziej trudny. To poemat obrazu i muzyki. Nie ma tu jakiejś historii, która jest opowiadana. Są pewne stany wyrażane w statycznych kadrach. A ponieważ dziś obowiązuje szybkie tempo akcji, strzelanina i gonitwa, czyli ogólna sieczka, to „Pokój saren” jest propozycją, która jest pod prąd.

Bohater „Pokoju saren” to młody człowiek, w którym nie dostrzegam buntu.

Duch „Pokoju saren” jest duchem nostalgii, smutku, umierania.

A duch filmu o Wojaczku?

Wojaczek to postać kultowa i trudno mówić przed premierą, jaki to będzie film, ale sposób jego realizacji, jego obsada jest niesamowita.

Czy ma pan na myśli to, że w filmie biorą udział ludzie z życia Wojaczka?

Tak. Psychiatrę gra jego brat Andrzej. Rafała zaś młody gliwicki poeta Krzysztof Siwczyk, który niejako został mi zesłany do filmu, przez ludzi mówiących, jaki on jest podobny do Rafała. Gra też mój współscenarzysta, Maciej Malecki, także poeta i to z Mikołowa. Teresa Ziomber, wielka miłość Rafała Wojaczka, gra bezdomną kobietę na dworcu we Wrocławiu. W filmie występuje Janusz Styczeń, świetny poeta wrocławski i wielki przyjaciel Rafała Wojaczka, jego samego zaś w ostatnich dniach życia Wojaczka gra Andrzej Mastalerz.

Podobnie było w filmie o Basquiacie. Tam też pojawiają się ludzie z jego kręgu. Jak tego typu relacje rzutują na to, co się dzieje na planie filmowym, w czasie jego realizacji?

To przedziwne momenty nakładania się czasu. Dagmara, córka Rafała Wojaczka, przyjechała na pierwszy dzień zdjęciowy do Mikołowa. Zobaczyła Mirosławę Lombardo i Jana Bógdoła grających rodziców Rafała i Krzysia Siwczyka tak łudząco podobnego do Rafała. Wszystko to, co się działo na planie filmowym, zgodziło się z filmem pamięciowym, który pozostał jej jako wspomnienie małej dziewczynki o ojcu i dziadkach. Popłakała się. Takich momentów było bardzo dużo i dla takich warto żyć. Ja nie mówię teraz jako człowiek, który robi filmy, tylko jako człowiek, który stara się żyć. Zajmuję się różnymi rzeczami i pracuję pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale najważniejszym moim celem jest żyć.

Zachłannie?

Tak, bo znam też tę drugą stronę.

Czyżby i pan próbował badać granice wolności?

To raczej na mnie ich spróbowano, cudem przeżyłem katastrofę samochodową, w której zginęli moi najbliżsi. I być może dla mnie ważniejsze są takie momenty, jak ten z udziałem córki Rafała Wojaczka, niż to czy ten film będzie dobry czy zły. Oczywiście wolałbym, żeby był dobry, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest, by podczas aktu twórczego spotykać jakieś duchy. Twórczość jest dla mnie formą istnienia w różnych wymiarach.

Rozumiem, że akt twórczy jest zawsze najważniejszy dla tego, kto tworzy, natomiast pozostaje sprawa recepcji.

Z tym mam duże problemy, bo moja sztuka jest słabo rozumiana. Klasycznym przykładem jest moja powieść „Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej”. Dwanaście lat pisałem ją, trzy lata była redagowana. W końcu wydał ją dwa lata temu bardzo troskliwie Universitas, ze wstępem Bronisława Maja. A potem była jedna recenzja. Powieść w ogóle nie została zauważona, nie zaistniała. Być może nie nadszedł czas dla tej książki. Nie wiem. Wiem natomiast, że będą ja wydawać w Niemczech, w sprawie opublikowania trwają też rozmowy z Francuzami. A w Polsce przeszła zupełnie bez echa. Tymczasem ktoś tam mówi, że nie ma polskiej powieści współczesnej. Więc, co ja mogę powiedzieć? Nie sądzę, że napisałem kiepską powieść, sądzę, że napisałem najlepszą rzecz w życiu.

Nie ma pan żalu?

Czy to jest żal? Nie przeczytałem ani jednej merytorycznej recenzji. Moja powieść po prostu nie istnieje. Podobnie, jak film „Ewangelia według Harry’ego” z 1992 roku, który ponoć w Polsce obejrzało zaledwie 700 ludzi. Za to moją inscenizację „Carmen” w Teatrze Wielkim w Warszawie na każdym przedstawieniu ogląda prawie dwa tysiące widzów, a o bilety jest nadal prawie tak trudno, jak tuż po premierze w 1995 roku. Podwójny album CD z „Pokojem saren” wydany przez PolyGram, został – jak powiedział mi wydawca – wyprzedany. To są jakieś pozytywy, ale w ogóle z odbiorem moich rzeczy jest nie najlepiej. Być może dlatego, że ja nie robię rzeczy amerykańskich, a te teraz są najważniejsze. Dziś wszyscy padają na pysk w Polsce, żeby dogonić Amerykę. Je tę Amerykę przeżyłem, przetrawiłem i wyrzuciłem ze swojego organizmu. Tam jest szmelc i on mnie nie interesuje, mimo że osiągnąłem w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrą pozycję producencką i jestem w stanie bardzo dużo projektów uruchomić, pod warunkiem, że one będą w odpowiedniej poetyce, którą ja nazywam poetyką szmelcu.

To dlatego tak często gości pan w rodzinnych stronach, na Śląsku, w Katowicach?

Nad moim życiem zaciążył rycerski paradygmat.

Nakręcony w 1980 roku „Rycerz” to drugi pana film i ostatni przed wyjazdem na emigrację. Jednak nie bardzo rozumiem, co etos rycerski ma wspólnego z rodzinnym gniazdem?

Zrobiłem „Rycerza”, bo czuję się człowiekiem, który wyjeżdża konno, krąży po różnych ostępach, podejmuje się walk z różnymi przeciwnikami, ale w pewnym momencie zakreśla koło i wraca do miejsca, z którego wyszedł. Tak właśnie było ze mną. Dwa lata temu zatrzymałem się u matki w Katowicach, w pokoju, w którym przyszedłem na świat. Pracowałem do rana nad adaptacją „Pokoju saren” i w pewnym momencie właśnie sobie uświadomiłem, że są to moje urodziny, jest piąta rano i że 43 lata temu przyszedłem na świat i dokładnie wtedy mój ojciec miał 43 lata i był przy moich narodzinach, w tym samym pokoju. My z ojcem mieliśmy urodziny tego samego dnia, czyli 30 sierpnia. Zatoczyłem krąg. I wtedy zrozumiałem, że takie miejsce, jak rodzinny dom, daje ogromną siłę. Moje życie wygląda tak: jedna trzecia roku w Polsce, jedna trzecia w Europie Zachodniej i jedna trzecia w Ameryce.

W Polsce, to znaczy przede wszystkim na Śląsku?

Tak, tylko i wyłącznie tu.

Dlaczego?

Dlatego, że reszta Polski mnie nie interesuje. Tu są moje korzenie, tu jest kraina trochę zaniedbana, ale pełna ciekawych ludzi i niesamowitej, nie odkrytej kultury. Poza jednostkami, takimi, jak Kazimierz Kutz, nikt nie dotyka tego terytorium. A ono jest wspaniałe. Świadczy o tym chociażby Wojaczek, który też jest stąd.

W biografii pana, ale także Kazimierza Kutza czy Rafała Wojaczka jest jeden element wspólny – ucieczka z Górnego Śląska.

Bo trzeba wyjechać, by zdobyć perspektywę, dopiero potem można działać. Mam luksus bycia w różnych miejscach świata i wszędzie mam coś do zrobienia, nie mam niebezpieczeństw materialnych, które by wisiały nade mną, nie posiadam rodziny, więc tym łatwiej mi się przemieszczać. To jest mój wybór, żeby także tutaj pracować.

Fascynuje mnie w pana osobie rodzaj niepokoju jaskółczego, porusza się pan ze swobodą w różnych dyscyplinach – filmie, teatrze, literaturze, malarstwie. A z drugiej strony mam przed sobą człowieka, który jest świetnie zorganizowany, producenta – chłodno kalkulującego zyski.

Nie wiem, czy ja tak chłodno kalkuluję. Gdyby tak było, to bym w ogóle nie robił mnóstwa rzeczy, które nie przynoszą zysku, a tylko zabierają czas. Gdybym chłodno kalkulował, to bym siedział w Hollywood i produkował szmelc. I w wyniku chłodnej, bo do tego potrzebna jest nie emocja, tylko chłodna kalkulacja, bym opływał w złoto, baseny i kolekcje sztuki. Natomiast moje życie jest powodowane emocjami. Z emocji narodził się jeden z ostatnich pomysłów. Wydaję trzy płyty kompaktowe, które zapoczątkują serię, mającą pokazać, że na Górnym Śląsku mieszka i pracuje wielu wybitnych kompozytorów. Seria nazywa się „Mistycy i wirtuozi” i jest wydawana wspólnie z Radiem Katowice i Stowarzyszeniem Angelus Silesius, które założyłem.

Stowarzyszenie nosi piękną nazwę.

Angelusa Silesiusa, czyli Anioła Ślązaka, poznałem dzięki Jungowi, który fascynował się jego poezją. I mnie ta postać bardzo poruszyła. Sztuka światowa dzieli się na południową i północną. Ta południa jest pełna harmonii i piękna, to łagodność i miód płynący z Belliniego i z Vivaldich. Ta północna, mroczna, skomplikowana, poszarpana, jak u Boscha czy Paracelsusa. Z tych rejonów pochodzi też Angelus Silesius – patron stowarzyszenia, ale i cyklu „Mistycy i wirtuozi”. Już ukazały się płyty z muzyką chóralną Henryka Mikołaja Góreckiego i wersją fortepianową naszej opery „Pokój saren” w wykonaniu Józefa Skrzeka, lada moment ukaże się „Katedra na akordeon” Andrzeja Krzanowskiego, przedwcześnie zmarłego wybitnego kompozytora. Walczę więc, by seria była porządnie wydana i poza satysfakcją, że ona powstaje, nic z tego nie mam. W dodatku efekt tych wysiłków zależy często od ludzi, którzy nie mają szacunku do własnej pracy, robią coś niechlujnie – jak np. drukarz, któremu nie chce się zmienić noża w maszynie i w efekcie zadrukowany papier jest poszarpany – i wtedy się pytam, co ja tutaj robię. Takie to jest to moje wyrachowanie, o którym pani mówi.

Mówiłam o zupełnie czymś innym.

Ale użyła pani pejoratywnego określenia – jaskółczy niepokój. Jakby je zanalizować, to oznacza ono podrzucanie jaj do cudzych gniazd. Być może w Teatrze Wielkim w Warszawie podrzuciłem jajo w postaci „Carmen”, a to w Operze Śląskiej podrzuciłem jajo pod tytułem „Pokój saren”, a kinematografii polskiej film pod tytułem „Wojaczek”, a to Niemcom operę współczesną „Black Rider”, a to Brazylijczykom „Więźnia Rio”.

Miałam na myśli niepokój poszukiwania.

Czy to jest niepokój poszukiwania? Ja bym powiedział wręcz przeciwnie, że spokój słuchania. Jestem w stanie wsłuchiwać się w rzeczy, które dzieją się w mojej głowie i je realizować. To jest pewnego rodzaju pokora. Według wzorców dzisiejszego świata gdybym trzeźwo i konkretnie myślał, to nie ruszyłbym się z Hollywood. Dlaczego? Dlatego, że tam można zrobić najwięcej, za największe pieniądze i w – no może nie luksusie – ale w godnych warunkach. I nic innego bym nie robił. Walka z drukarzem o trzeciej nad ranem, by zmienił nóż, bo szarpie papier, naprawdę nie należy do przyjemności. Od niej boli żołądek. Z drugiej strony ja te rzeczy robię, bo zrezygnowałem z komercji, nie liczę się wręcz z dochodowością i z faktem, że moja sztuka jest ezoteryczna, jest tylko dla wtajemniczonych. Natomiast chcę mieć wewnętrzny spokój, harmonię z samym sobą, bo realizuję te rzeczy, które kocham. Słucham tego, co niesie mi życie.
Można też żyć dyktując życiu swój scenariusz, ale jest to skazane z samej zasady na niepowodzenie.

Zgadza się, dowodzi tego życie Wojaczka i Basquiata, którzy kreowali swoje życie, siebie.

Pani mówi, że ja kreuję swoje życie?

Nie mówię, ale chcę się dowiedzieć.

Nie wiem, nie zastanawiam się w ten sposób, ja po prostu słucham tego, co się dzieje we mnie.

A pragmatyzm?

Ameryka nauczyła mnie, jak wykorzystywać moją energię. Mógłbym siedzieć i gadać dużo, a wie pani, jak trudno jest cokolwiek zrobić w dziedzinie sztuki. Gdybym zakładał dom maklerski, to może byłoby łatwiej, bo Polska fascynuje się teraz tą stroną równania. Strona wewnętrzna, duszy, jest zepchnięta w mrok. Powszechne jest na przykład ogłupienie telewizji, wszyscy tam walczą o to, by jak najbardziej kretyński program zaproponować, bo tylko taki sprzeda się widowni, ponieważ widownia z założenia też jest kretyńska. Ja działam kompletnie pod włos, pod prąd. Robię rzeczy, które nie mają wzięcia, ale żebym mógł je robić, to muszę umiejętnie dysponować energią i czasem.

Tego właśnie pana nauczyła Ameryka?

W dużej mierze. Nauczyła mnie ekonomii poruszania się w rzeczywistości.

A nie korzenie śląskie? Tu przecież też jest etos pracy, solidarności, słowności...

Śląsk dał mi przede wszystkim ciekawość świata. Jestem z prowincji i wychodząc z niej miałem prawdopodobnie większą chłonność na świat, niż gdybym urodził się w metropolii. Dlatego tutaj na prowincji, choć kończyliśmy „Sorbony” i „Oksfordy”, to mieliśmy niezwykły kult dla świata, a przede wszystkim dla książek. Wierzę, że tak będzie nadal, bo inaczej to, co robię, nie miałoby sensu.

Rozmawiała Danuta Lubina-Cipińska