Wywiady

Interviews

Wywiad RMF Classic
Magdalena Smęder
Źródło: Rmfclassic.pl
Treść wywiadu
"Zawsze mam wrażenie, że jestem kimś w rodzaju medium spirytystycznego, które powołuje do życia duchy za pomocą światła, wiązki światła na ekranie..."Lech Majewski

Z Lechem Majewskim - reżyserem, pisarzem, poetą i kompozytorem w jednej osobie rozmawiała Magdalena Smęder.W specjalnym wywiadzie dla RMF Classic w marcu 2004 Lech Majewski mówił o swoim najnowszym filmie "Ogród rozkoszy ziemskich", a także o metafizyce, muzyce i Wenecji.

Pana pierwszy film "Rycerz" to średniowieczna historia rycerza, który wyrusza na poszukiwanie złotej harfy. Spotyka na swojej drodze postaci, jak z Wielkich Arkanów Tarota. Film nie podobał się w Polsce, ale zachwycił londyńczyków. Następny film kręcił Pan już w Stanach Zjednoczonych, w kolejnym wykorzystał pan te same co w "Rycerzu" niesamowite plenery wydm Słowińskiego Parku Narodowego.

Jak robiłem "Rycerza", to miałem świadomość, że najtrudniej jest opowiedzieć historię współczesną. Oczywiście kostium, średniowiecze dają dużą możliwość umowności, ale ciągle zastanawiałem się na ile ja bym był w stanie opowiedzieć taką historię współczesną. Nie dawało mi to spokoju i postanowiłem, jeszcze podczas zdjęć, że ja kiedyś wrócę na te wydmy i opowiem współczesną historię "Rycerza".

Potem życie rzuciło mnie w zupełnie inne rejony, pojechałem do Anglii, byłem w Stanach Zjednoczonych, zająłem się innymi projektami. Robiłem film "Lot świerkowej gęsi" w Stanach Zjednoczonych oparty na mojej książce "Kasztanaja". Treścią jest historia górnika z Katowic, który porywa dziewczynę "z dobrego domu" do Sopotu i chce jej stworzyć Raj na ziemi. Wynajmuje Hotel Grand w Sopocie i chce jej tam stworzyć królestwo. Wtedy było to królestwo z Pewexu. I ta właśnie historia posłużyła za kanwę filmu "Lot świerkowej gęsi", gdzie producent Milosa Formana - Michael Hausman powiedział mi: "No to zamieniamy Katowice na Pittsburgh, a Sopot zamieńmy na Hollywood."

Miałem dość intensywny casting w Warner Brothers i odrzuciłem dużo - już później słynnych – ludzi. Odrzuciłem Kevina Costnera, który wówczas nie miał nazwiska, i Patricka Swayze, i Laurę Dern. Natomiast zainteresowałem się trzema aktorami i stworzyłem nawet sobie taką wewnętrzną hierarchię. Na pierwszym miejscu był Viggo Mortensen, który był kompletnie nieznany i w ogóle jeszcze wtedy nie grał. Wtedy pomyślałem i Michael Hausman mnie w tym upewnił, że Viggo jest za przystojny do tej roli. Za bardzo wygląda jak model, żeby grać górnika. Pomyślałem, że górnik musi być bardziej z krwi i kości i innego aktora wziąłem, ale Viggo... znałem i miałem go w notatkach.

Do tych notatek zajrzał Pan robiąc kolejny swój film „ Ewangelię według Harrego” i zupełnie niespodziewanie przepowiedział Pan "Powrót króla".

Pana przedostatni film: "Angelus" opowiada historię grupy górników - malarzy amatorów z Janowa, którzy zajmowali się wiedzą tajemną i próbowali ocalić świat przed zagładą z Saturna. Co Pana skłoniło do sfilmowania tej nieprawdopodobnej, ale prawdziwej historii...

Zafascynował mnie w tej historii pewien diapazon, taki rozziew pomiędzy niskim, przyziemnym i wysokim, niebiańskim. To, że ci malarze prymitywni, można powiedzieć grzebiący w ziemi jak robaki w kopalniach, przez cały czas rozmawiają o promieniach z kosmosu. Takie przepiękne wertykalne napięcie pomiędzy dziurą w ziemi, a planetą wibrującą w kosmosie.

Długo panu zajęło zbieranie dokumentacji do tego filmu? Pewnie żyły jeszcze osoby, które to pamiętają, które znały tę historię.

Chociażby Erwin Sówka, który występuje w moim filmie. Ale właściwie wiedza o tej grupie różokrzyżowców jest bardzo świeża i wszyscy w tych rejonach pokpiwają z oficjalnej wersji, że było to kółko niedzielnych malarzy zmęczonych siedzeniem pod ziemią i fantazjujących na temat legend śląskich. I rzeczywiście, w ogóle jak dotykam w swoich filmach zdarzeń rzeczywistych, bo i "Basquiat" jest zdarzeniem rzeczywistym, to samo dotyczy "Wojaczka", to samo dotyczy Grupy Janowskiej, to zawsze mam wrażenie, że jestem kimś w rodzaju medium spirytystycznego, które powołuje do życia duchy za pomocą światła, wiązki światła na ekranie i dosłownie mam wrażenie, że czuję duchy, które krążą wokół tematu i czasami pojawiają się na planie. Mam wrażenie bycia medium.

Najnowszy Pana film "Ogród rozkoszy ziemskich" zdobywa laury na festiwalach. Tytuł filmu nawiązuje do tryptyku Hieronima Boscha, gdzie na prawym skrzydle ukazane jest muzyczne piekło, a narzędziami tortur dla grzeszników są instrumenty muzyczne. Wielu interpretatorów głowiło się nad tym, co może oznaczać taka piekielno-muzyczna symbolika. Czy Pan ma własną teorię na ten temat?

Muzyka kojarzona była w owym czasie z przyjemnością była... czymś grzesznym i to jest jedna z interpretacji. Druga interpretacja jest bardziej mistycyzująca... To jest troszeczkę jak zagadnienie zła... Dlaczego na świecie istnieje zło? Bo z tego świata można grać złą muzykę, poprzez nieumiejętne nastrojenie, poprzez nieumiejętność wykorzystania instrumentów. Będzie to coś, co nas przerazi swoją kakofonią, swoim agresywnym szarpaniem strun, nie będzie to wydobycie muzyki, ale nie znaczy, że z instrumentów nie można wydobyć muzyki anielskiej. Można, tylko jest to zastrzeżone dla wybranych.

Bachowi udało się nawet usłyszeć i zagrać muzykę gwiazd.

Jak się przyjrzymy budowie kosmosu we współczesnej astronomii, to obowiązującą teorią świata jest dzisiaj teoria strun, a struny mają swoje drgania, drgania są falami i falowa funkcja to jest właściwie Schrödinger i to, na czym polega kwantowa fizyka. Jeżeli rozumiemy na czym polega funkcja falowa, to rozumiemy również dużo rzeczy w sztuce. Ale także i to w jaki sposób rosną rośliny, w jaki sposób rozwija się człowiek, że przyrost posługuje się spiralą logarytmiczną, która z kolei jest oparta na "złotym podziale", który z kolei jest zbliżony do ciągu Fibonacciego itd.

W kulminacyjnej scenie „ Ogrodu rozkoszy ziemskich” główny bohater rozpaczliwie próbuje odtworzyć skład chemiczny ciała ukochanej kobiety. To jedna z bardziej przejmujących scen jakie widziałam w kinie.

Wolter powiedział, że człowiek nie jest w stanie stworzyć robaka, a bogów stwarza na pęczki. I ta scena, gdzie nieuleczalnie chora bohaterka pyta swojego ukochanego: „ Z czego jestem? Bo jeśli umrę, no to zniknę materialnie - prawda; bo duchowo może nie zniknę, może ty mnie będziesz pamiętał, może to, co mówię teraz, może to, kim jestem teraz zapisuje się w tobie, a co się stanie z moim ciałem? Czym jest moje ciało?” I wtedy on, jako umysł ścisły robi demonstrację. Pokazuje: Jesteś w 74% wodą i nalewa do akwarium odpowiednią część wody. Potem układa na postumentach kolejne składniki - jest tam 10 kilo węgla, tyle a tyle azotu, tyle a tyle wapnia, które budują kości, potem spinacz, taka ilość miedzi, która barwi skórę itd. A potem w przypływie rozpaczy on to wszystko wrzuca do akwarium, miesza i powstaje tylko czarna bryja. A mój bohater zastanawia się jak to jest możliwe, że tak piękna struktura kobiety, którą kochał, ulega błyskawicznie destrukcji, podczas gdy zapis na taśmie elektromagnetycznej, czyli to, co zapisał okiem kamery video trwa. Jej już nie ma fizycznie, a jej obraz pozostaje. To jest wstrząsające, że coś tak bardzo skomplikowanego, wyrafinowanego jak nasze ciało, jak bańka mydlana pęka, a jakieś zdjęcie, które jest o wiele prymitywniejszą chemią zapisaną na taśmie światłoczułej trwa.

Jako reżyser i jako historyk sztuki nie ukrywa Pan swoich fascynacji malarstwem Hieronima Boscha, a zwłaszcza tajemniczą symboliką środkowej części tryptyku, z którego wziął Pan tytuł do swojego filmu. Czy podczas kręcenia „ Ogrodu rozkoszy ziemskich” dotarł Pan do nowych znaczeń, czy udało się odkryć coś nowego, czegoś ważnego dowiedzieć?

Film jest próbą dotarcia do Raju na ziemi. Wydaje się, że Bosch ma klucze do tego raju, a przynajmniej centralny motyw jego tryptyku, centralny panel jest tym ogrodem szczęśliwości i na pewno udaje nam się, większości z nas chociaż na krótko, do niego wejść. Niestety nie umiemy tam zostać na dłużej. Siłą rzeczy zostajemy usunięci z ogrodu, głównie przez samych siebie. Ale człowiekowi jest potrzebne wejście do Raju - chociaż na chwilę, bo dzięki temu może żyć. Zauważyłem, że ludzie nie chcą i boją się wejść do Raju. Bardzo się boimy i uciekamy w różnego rodzaju substancje chemiczne, wciąż czujemy lęk przed Rajem. Większość z nas ma na prędce zrobiony obraz Raju, przypięty do wewnętrznej strony czoła, coś w rodzaju polaroidu, albo... pocztówki w którą wierzy. I na tej pocztówce jest dom z basenem, słoneczny dzień, garstka dzieci szczęśliwych, uśmiechniętych, żona lub mąż, pies i samochód. To jest zdjęcie z Raju, a ludzie potrafią po trupach egzekwować ten Raj, nie oglądając się na nic. Rzadko kiedy dochodzi do wykonania, do dojścia do tej pocztówki. A jak już się komuś uda, to są rozczarowani, bo nie tego się spodziewali. I szybko zagnieżdża się pustka.

Jest Pan Ślązakiem z urodzenia, a Wenecjaninem z wyboru. Chodzi na koncerty do „ La Fenice”, a w archiwach odkrywa tajemnice tego miasta. To zauroczenie czy chęć podążania śladami wielkich artystów, którzy na dłużej lub krócej zatrzymywali się w tym onirycznym mieście.

To jest miasto, które napawa mnie takim poczuciem szczęścia, że jak wychodzę z domu, to się uśmiecham. Nigdy tego nie mam w innym mieście, żeby mnie cieszyło że wyszedłem, że jestem, że idę. Tam jest taka podwójna, potrójna radość, bo co rusz, to wynurza się z za rogu jakiś detal, którego uprzednio nie widziałem, mimo że mam czujne spojrzenie i oglądam, i architekturę, i sztukę, i przyglądam się, i czytam dużo na ten temat, i jestem na pewno znawcą Wenecji. Znam bardzo dużo anegdot. Znam dużo historycznych faktów dotyczących poszczególnych budowli, bo to miasto daje się czytać jak księga i to tajemnicza księga, mająca pełno zagadek i przedziwnych historii.

A co pan odkrył?

Chociażby historię tajemniczych zniknięć kobiet w pewnym domu i historię okultystycznego mistrza, który tam mieszkał. Na Placu San Polo odkryłem, że odbywały się tam walki byków i że są do tej pory ślady po rogach byków. Mam cały zbiór notatek poświęconych budowie gondoli. Wenecja jest również miastem końca, dalej nie da się nigdzie jechać. Ponte della Liberta prowadzi do wrót Wenecji i trzeba wysiąść z pociągu, zostawić samochód i dalej są już tylko nogi i woda - ostatnia stacja. Być może dlatego wielu ludzi przyjeżdża tam umierać. W Wenecji jest wyczuwalna aura śmierci, aura, którą Boecklin namalował w "Wyspie śmierci". Niewiarygodne miejsce, kamienie na wodzie. Kto widział kamień pływający na wodzie?

W Wenecji odnalazł pan ślady odbywających się corrid, a ja odkryłam, że aż trzy razy reżyserował pan „Carmen” na scenach operowych. Ta warszawska znalazła się nawet pośród najlepszych inscenizacji operowych 1995 roku na świecie. Co sprawia, że spośród tylu tematów operowych wybrał Pan właśnie „Carmen”?

Najbardziej fascynuje mnie oczywiście muzyka i geniusz Bizeta, który stworzył arcydzieło totalne. Historia Carmen jest historią uwikłania w emocje. Trzeba jednak rozróżnić emocje od uczuć. Uwikłanie w uczucia jest czymś pozytywnym, konstruktywnym. Uwikłanie w emocje, często złe, jest destrukcją. To jest zazdrość, nienawiść, to burze, które przetaczają się przez człowieka. Symbolem tego wszystkiego jest ogromny byk, którego stworzyłem w spektaklu. Bo symbolicznie rzecz biorąc kiedyś nasi przodkowie, zabijając bydło i oddając je bogom, symbolicznie zabijali w sobie zwierzęcą naturę. Chodziło o oddanie tej dzikiej, nieokrzesanej części własnej natury, po to, by, przejść na wyższy poziom. I to pozostało w corridzie. W corridzie torreador jest ubrany w strój zwany strojem światła. Torreador ma w ręku szpadę - jest ona promieniem słonecznym - i musi on tą szpadą przejść ponad półksiężycem rogów i zatopić ją w ciemnej nocy, która chce go stratować. Torreador musi zwyciężyć byka i powalić ciemną siłę na kolana. To jest zwycięstwo świtu nad nocą, zwycięstwo dnia nad ciemnością, zwycięstwo człowieka nad emocjami. Dla mnie historia Carmen jest historią miłości egositycznej, destrukcyjnej, gdzie każdy kocha samego siebie. Historia trzech egoistów. W wypadku Don Josego jest to urażona duma macho porzuconego przez kobietę. To właśnie jest ta ciemna strona, to jest ten byk.