Wywiady

Interviews

Gościem "Pegaza" był Lech Majewski
Piotr Bałtroczyk
Źródło: TVP (Pegaz)
Treść wywiadu
Piotr Bałtroczyk: Zastanawiałem się jak pana przedstawić. Prze Bóg nie wiem. Powiem - reżyser, powiem - poeta, powiem - pisarz, powiem - muzyk, kompozytor. Jak pana przedstawić?

Lech Majewski: Najlepiej nic nie mówić.

Pan Lech Majewski. Bezprzymiotnikowo. Dzisiaj spotykamy się w Pegazie z okazji premiery pana nowego filmu. Pan robi filmy niezwykłe. Poczynając od "Rycerza" przez "Angelusa" kończąc na tym, którego w Polsce jeszcze nie widzieliśmy, czyli "Ogrodu ziemskich rozkoszy". Wiem, że publiczność w Wenecji - tak przeczytałem - przyjęła film owacją na stojąco. Na premierze tak było.

Tak było.

Wenecja to pana ukochane miasto. Jedno z wielu...

Drugie to Katowice, bo tam się urodziłem. A niejako duchowo urodziłem się w Wenecji, bo tam jeździłem i tam zdecydowałem po oglądaniu obrazów mistrzów włoskim, że pójdę do szkoły filmowej. I tam teraz de facto mieszkam od czterech lat.

To jest film przedziwny. Kameralny. Ogromną jego siłą oddziaływania jest to, że aktorzy fotografują się nawzajem. Raz jedno, raz drugie z bohaterów ma kamerę i śledzi drugą postać. Kamera cyfrowa jest urządzeniem, które pan polubił. Nazwał pan ten film wstępem do neorealizmu cyfrowego.

Odczuwam rewolucję, która się gotuje w kinie, bo ta natychmiastowość i lekkość sprzętu jest jedynie porównywalna z tym, co się wydarzało we Włoszech w neorealizmie włoskim, kiedy nagle wojskowe lekkie kamery noszone w ręku, pozwoliły robić filmy typu "Złodzieje rowerów", a później jeszcze przetworzyła to ruchliwe kino francuska nowa fala: kino, które nagle wyszło na ulice. Cyfrowa kamera pozwala mi na intymność obcowania z tematem. I to samo daje być może dodatkową wartość. Ja wierzę głęboko, że daje. Że pojawia się nieoczekiwane, którego [nie daje] planowanie aprioryczne, wykuwanie w kamieniu dużej produkcji filmowej. Wszyscy wiedzą, gdzie co ma być, a i tak Pan Bóg przychodzi i to miesza. Jest bardzo przewrotny i lubi tam coś pozmieniać. Nie mniej jednak to jest taki reżim wykucia w kamieniu. A tu jest innego rodzaju przepływ. Takie płynięcie w nieznane. Znamy temat, znamy kierunek, nie znamy tego morza. Najpierw w Londynie był długi proces castingu: jak już wybrałem dwójkę głównych aktorów dałem im książkę do przeczytania. Zamknęliśmy się zaczynając różne improwizacje na ten temat. Potem przyszedł moment, kiedy poczułem, że jestem już niepotrzebny i mogłem pójść do innego pokoju. Dźwiękowcy udźwiękowili pokój, w którym się odbywała akcja, a aktorzy zostali sami z kamerą, która jest niemym świadkiem, dziwną czarną skrzynką tajemnicy, jaką jest zawsze związek między kobietą i mężczyzną. I często zdarza się, że tylko ta czarna skrzynka przetrwa z takiego związku. Aktorzy tworzyli własne sytuacje. Ja potem oczywiście je oglądałem, selekcjonowałem, mogłem ich pokierować. Właściwie wystarczy nadać kierunek, jak z lawiną, która jest naturalną siłą w przyrodzie. Potem toczy się samo. I to "samo" daje dodatkową wartość.