Wywiady

Interviews

Malarstwo, które przerodziło się w świat
Ewa Kara
Źródło: Nowy Dziennik (dod. Przegląd Polski) 17.05.2002
Treść wywiadu
Ewa Kara: Pana pobyt w Nowym Jorku związany był ze specjalną projekcją filmowej wersji autobiograficznej opery pt. Pokój Saren w Museum of Modern Art. To wyjątkowa pozycja w Pana dorobku, gdyż równocześnie jest Pan jej reżyserem, scenografem, choreografem, kompozytorem i autorem libretta.

Lech Majewski: Pokój Saren pokazywałem tutaj niejako w potrójnej wersji: jako film, jako operę i jako instalację. Podczas ostatniego biennale w Wenecji, podobnie jak na stałej ekspozycji w Muzeum Sztuki Współczesnej w Buenos Aires, Pokój Saren był prezentowany jako instalacja. Z Józefem Skrzekiem, współkompozytorem muzyki, spędziliśmy półtora roku zamknięci w leśniczówce, budując poszczególne głosy. Jak mówiliśmy, ze piszemy operę, to tak jakbyśmy mówili, ze konstruujemy na podwórku rakietę na Księżyc. Zostaliśmy zignorowani przez polską krytykę, lecz po trzech latach pojawiła się nagroda Międzynarodowego Stowarzyszenia Kompozytorów, które uznało Pokój Saren za jedną z dwunastu (wybranych spośród 600) oper współczesnych stworzonych w latach 90., które otwierają drogi przyszłości. Werdykt ogłoszono w Düsseldorfie i podczas laudacji profesor monachijskiego konserwatorium bardzo pięknie mówił, ze Pokój Saren jest odnowieniem duchowości w muzyce, ze w XIX-wiecznej operze śpiewały emocje, w XX-wiecznej - intelekt, a w operze przyszłego stulecia może śpiewać dusza, jak to jest w Pokoju Saren.

Film traktowany jest jako instalacja. Jaki jest Pana stosunek do tej najnowszej formy sztuki?

Dzisiejsza sztuka funkcjonuje głównie jako ruchomy obraz. W zeszłym roku na Biennale 90% wszystkich prezentacji stanowiły instalacje wideo. Większość malarzy i rzeźbiarzy posługuje się kamerą. W pawilonach znajdują się ekrany, na których wyświetlane są nietypowe filmy. Kiedyś awangarda sztuki wideo polegała na przynudzaniu formalnym, teraz skierowała się w stronę małych narracji, w stronę poezji wizualnej o niezwykłej sile. Ciągle tkwi mi w pamięci film fińskiej artystki pt. Lasso. Jeden z piękniejszych filmów o uczuciach, o samotności w uczuciu. Nie trafiłby na żaden festiwal filmowy, ponieważ nie jest ani krótkometrażowy, ani nie ma żadnej narracji. Funkcjonuje natomiast i był pokazywany jako dzieło sztuki wizualnej, podobnie jak Pokój Saren czy mój Wypadek z muzyką Henryka Mikołaja Góreckiego.

A o czym traktuje Wypadek?

Najpierw był to performance. Zbudowałem mauzoleum dla kobiety, która zginęła w wypadku samochodowym. Wziąłem jej rzeczy osobiste i je zmumifikowałem, zabandażowałem jej kartki pocztowe, buty, płaszcz, telefon. Wszystko to, czego dotykała. Razem z Adamem Sikorą nakręciliśmy półgodzinny film, który na festiwalu w Houston zdobył nagrodę.

Jest Pan artystą renesansowym. Nie tylko reżyserem i scenografem, ale poetą, choreografem, scenografem i producentem.

Mam pewną treść do opowiedzenia i ona narzuca język. Jedne rzeczy lepiej wyrazić przy pomocy filmu, inne w teatrze, a jeszcze inne - na papierze. W moim przypadku wszystko zaczyna się od obrazu. Potem już forma i technika zapisu obrazów jest różna. Jestem malarzem, ale obrazy maluję nie na płótnie, lecz na taśmie, papierze i w przestrzeni. Wyszedłem z malarstwa, które przerodziło się w świat, nawet w tę rozmowę.

Sztuka odgrywa ogromną rolę w Pańskiej twórczości. Szczególnie jest to widoczne w Pokoju Saren, gdzie jako cytaty - odwołania wprowadził Pan obrazy malarstwa włoskiego.

Sztuka mnie fascynuje. Wychodząc np. z Metropolitan Museum jestem wypełniony opowieściami, które przekazują mi malarze. Szczególnie interesuje mnie malarstwo wczesnego renesansu. A najważniejszym artystą XX wieku jest dla mnie Giorgio de Chirico. Jednak muszę przyznać, że w sztuce XX wieku nie znajduję interesujących mnie treści. Poza kinem, które osiągnęło szczyt w latach 60., kiedy tworzyli Fellini, Antonioni, Bergman i Bunuel, sztuka zwyrodniała, kino skarłowaciało. Jako członek Europejskiej Akademii Filmowej oglądam creme de la creme europejskiego kina i mogę autorytatywnie stwierdzić, ze język filmowy zubożał, zdegenerowała go bylejakość wszelkich mediów. Nastąpiło również zwyrodnienie języka literackiego.

Temu zdaje się przeczyć Pańskie Oficjalne centrum świata. Choć muszę przyznać, że po zakończeniu lektury miałam wrażenie niedosytu z powodu otwartej formuły i braku zakończenia.

Uczę się skrótowego zapisu - hiperbolicznego, który funkcjonuje jako rodzaj wewnętrznej kamery. "Oficjalne Centrum Świata" stanowi zestaw mikrofilmów czy mikrowydarzeń zarejestrowanych za pomocą kamery-oka. Owe filmy niewyrażalne zapisuję w formie powieściowej.

Nad powieścią pt. Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej pracował Pan ponad 12 lat.

Ukazała się w wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego - Universitas. Patronował jej Jerzy Illg ze Znaku i Bronisław Maj z Biblioteki NaGłosu. Nie pojawiły się recenzje, jakby nikt jej nie czytał. Cisza. W Polsce bardzo często moja twórczość okazuje się niezrozumiała, nikt nie chce zabierać głosu.

Świadomie wybrana droga artystyczna i postawa maksymalizmu kreacyjnego powoduje, ze pozostaje Pan poza głównym nurtem filmowym w Polsce. Jak wobec tego odbiera Pan aklamacyjne przyjęcie Wojaczka i uznanego za najbardziej ambitne przedsięwzięcie filmowe w Polsce w ostatnich latach Angelusa?

To dobrze, że Wojaczek się podoba, ludzie chcą go oglądać i oddziałuje na nich. Szczególnie ludzie młodzi bardzo nim żyją. Podobnie jest w przypadku Angelusa. Ja jednak jestem gdzieś poza tym wszystkim. Miło usłyszeć o powodzeniu, ale przyjmuje zasadę, że to deser, premia. Muszę natomiast godzić się, że to, co robię, jest mało popularne. Do pewnego momentu byłem przerażony, ale potem się pogodziłem.

Ma Pan swoich ulubionych współpracowników, do których należą Józef Skrzek (Pokój Saren, Angelus), Adam Sikora (Pokój Saren, Wypadek, Wojaczek i Angelus) oraz Janusz Kapusta (Carmen, The Black Rider i Sen nocy letniej).

Każdy z nich jest wybitnym artystą. Józef to wirtuoz klawiatury, Adam potrafi zbudować światło jak nikt inny. Janusz Kapusta to nie tylko artysta, ale także wybitna umysłowość. Nie mam cienia wątpliwości, ze jest geniuszem matematycznym. Jego dociekania matematyczno-geometryczne wynikają z przygotowania filozoficznego. W dzisiejszej dobie bezmyślności i głupoty niezwykle trudno dobrać sobie partnera do poważnej rozmowy, toteż dobrze jest mieć kogoś takiego jak Janusz. To najważniejszy aspekt naszej współpracy, a jeśli przy okazji powstają spektakle, to się cieszę. Trudno mi znaleźć partnera do rozmów, dlatego piszę, to jest forma komunikowania się. Nie wiem z kim, nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale wierzę głęboko, że ktoś jest na drugim końcu, ktoś, kto również chce dotknąć tajemnicy, jaką jest życie.

W obu ostatnich filmach występują aktorzy-amatorzy. Praca z "naturszczykami" wydaje się być wyjątkowo trudna i wymaga specjalnego podejścia. Jaki jest Pana sposób?

Na to są psychologiczne metody, ale trzeba wejść na scenę i popracować. Każdy człowiek inaczej podchodzi do własnego wstydu. Wstyd jest wielkim paraliżem, zarówno na scenie jak i w łóżku, w tańcu i w działaniu, w myśleniu i w wyrażaniu się. Trzeba podglądać, co dana osoba skrywa najbardziej. Scena jest rodzajem soczewki i dosłownie po piętnastu minutach widać wszystko: człowiek ufizycznia własne lęki bardzo wyraźnie. Potem trzeba już iść w tym kierunku. Jeśli się czegoś boisz, to idź tam, gdzie się boisz najbardziej. Takie podejście daje zadziwiające efekty, bo okazuje się, że potwory - kiedy człowiek do nich się zbliża - kurczą się i uciekają jak przedziurawione balony. O wiele bardziej trzeba napracować się z kłamiącym aktorem niż z zawstydzonym amatorem. Odkręcanie czyichś złych przywar to ciężka praca.

Wyjątkowe miejsce w Pańskiej twórczości zajmuje Basquiat. Niestety, nie wyreżyserował Pan tego filmu. Dlaczego?

Nikt nie chciał projektu sfinansować, pomimo powszechnych zachwytów nad scenariuszem. Daję sobie pewien czas na określony projekt i jeśli nie realizuje się po mojej myśli, to go zostawiam. Dzięki niebywałemu uporowi Juliana Schnabla i jego pieniądzom Basquiat istniał dalej, by powstać dopiero po siedmiu latach. A ja w tym czasie w studiu Davida Lyncha Propaganda Films rozpocząłem Ewangelię według Harry'ego, film trochę proroczy - Ameryka jako pustynia.

W Pańskich wypowiedziach bardzo często pojawiają się negatywne spojrzenia na Stany Zjednoczone. Czy ma to związek właśnie z tymi doświadczeniami?

Stopień idiotyzmu mediów w tym kraju jest po prostu nie do zniesienia. Przyjeżdżam na krótko, oglądam telewizyjne wiadomości i ta indoktrynacja, ta bezczelność łopatologii, jaką się tu stosuje, przeraża mnie. Stopień prymitywności przekazu jest szokujący. Media zakładają z góry, ze społeczeństwo jest upośledzone.

Prawie dwadzieścia lat spędził Pan w USA. Teraz jest tu Pan gościem. Od jak dawna mieszka Pan w Wenecji?

Pomieszkuję raczej od trzech lat, bowiem ciągle jestem w podróży. Teraz w Nowym Jorku (rozmowa została przeprowadzona w połowie kwietnia - przyp. red.), na początku roku byłem w Wilnie, gdzie przez prawie dwa miesiące pracowałem nad Carmen wspólnie z Januszem Kapustą i Katarzyną Szarłat. Po powrocie lecę do Niemiec, bo mam tournée z Angelusem - Hanower, Hamburg, Lubeka, Kilonia. Potem prosto do Londynu, by w Londyńskiej Szkole Filmowej prowadzić master class z Wojaczka. Dopiero w maju wracam do Wenecji. Trudno mi powiedzieć, że gdzieś mieszkam, bo na ogół jestem w podróży. Mam matkę w Katowicach i ją odwiedzam. Nie wiem, czy ja się nią bardziej opiekuję, czy ona mną

Jak większość artystów nie lubi Pan mówić o swoich zamiarach i planach. Jednak mimo to zapytam o powieść, nad którą Pan właśnie pracuje.

Już ją skończyłem. Metafizyka jest w druku w Wydawnictwie Literackim, a 25 kwietnia będzie promocja. To dość niezwykła powieść, której akcja toczy się w Wenecji. Parą bohaterów są Anglicy. Ona studiuje malarstwo Hieronimusa Boscha i pisze doktorat z "Ogrodu rozkoszy ziemskich". On jest inżynierem i studiuje gondolę, bo wszystkie pływające czy latające obiekty wymagają pełnej symetrii, zaś gondola jest niesymetryczna, gdyż uwzględnia ciężar gondoliera: jej sinusoidalny ruch jest algorytmem. Powieść ma kilka warstw, lecz sfera emocjonalna jest tak silna, ze nawet jeśli ktoś nie chce, nie lubi czy nie może nawet zrozumieć pewnych znaczeń symbolicznych, bo nie jest do tego przygotowany, to znajdzie coś dla siebie w historii miłości bohaterów.

Dziękując za rozmowę życzę Panu, by Metafizyka stała się bestsellerem.
(www.dziennik.com)