Wywiady

Interviews

Gościem"Pegaza" był Lech Majewski - reżyser, malarz, poeta i prozaik
Źródło: www.tvp.pl/pegaz (wydanie z 6 grudnia 2001)
Treść wywiadu
PEGAZ: Skąd przyszedł panu pomysł na film"Angelus"?

Lech Majewski: To jest długa droga. Z jednej strony Tadeusz Słobodzianek zasugerował, żebym przeczytał w "NaGłos" kawałek o malarzach z Janowa, a z drugiej strony mój przyjaciel Ireneusz Śliwiński, filmoznawca, który niezależnie wpadł na artykuły o okultystycznej przeszłości Teofila Ociepki i gminy janowskiej. Wiedząc, że taki temat mnie zainteresuje, zaczął gromadzić materiały i namawiał mnie byśmy napisali scenariusz. I tak się zaczęło.

A co pana osobiście urzekło w tej historii? Czy pan jako mieszkaniec Śląska znał ją wcześniej?

Właśnie to mnie urzekło, że o niej nie słyszałem.

A jaką wiedzę pan zdobył dzięki temu filmowi?

Przede wszystkim dowiedziałem się bardzo dużo o Różokrzyżowcach. Filip Hochman, który był duchowym przywódcą Ociepki sprawił, że Ociepka zaczął malować. Ociepka wysyłał do niego listy, w których pisał, że niepokoi go stan świata. I Hochman powiedział: "Maluj, żeby ratować ludzi". Cała historia z Ociepką zaczęła się podczas pierwszej wojny światowej, kiedy był żołnierzem Wehrmachtu i został ranny w Transylwanii. I tam leżąc w jakimś domku znalazł napisaną po niemiecku książkę "Siedemdziesiąt imion Boga". Przeczytał ją. Był bardzo porządnym człowiekiem, który od razu jak wstawał, to zakładał białą koszulę i krawat. I tylko tak ubrany malował i czytał. Zresztą książki trzymał w lodówce, bo uważał, że mózg najlepiej pracuje w zimnie. A i wiedza powinna być w zimnie przechowywana. Czasami strony jego książek pękały, odrywały się od nich kryształy lodu. I tak więc książkę "Siedemdziesiąt imion Boga" odłożył, ale jak wrócił do Janowa koło Katowic, to dał ogłoszenie do "Tygodnika Ilustrowanego", że szuka tej książki. Odpowiedział mu mistrz Hochman, który mu powiedział: "Mamy wiele takich ksiąg". I tak zaczęła się ich korespondencja.

Jaki efekt chciał pan uzyskać filmując nieruchomą kamerą?

Jestem w ogóle malarzem. Lubię nieruchomą kamerę, kondensację czasu, zatrzymanie czasu. Lubię obraz prowadzić w głąb. Wplątuję zawsze detale, które również mają ukryte znaczenia. Poszedłem do kina, dlatego że chciałem być malarzem. Podczas 34. Bienale w Wenecji, do której ciągle jeździłem, bo miałem tam rodzinę, zobaczyłem Warhola, Lichtensteina i całą sztukę współczesną. Jednocześnie zobaczyłem malarstwo Giorgione'a. Byłem przed egzaminem na Akademię Sztuk Pięknych i - tak jak doceniłem Warhola i Lichtensteina - tak zdałem sobie sprawę, że Giorgione to podróż, człowiek zatapia się w jego obrazy i przenika w jego świat. Skojarzyło mi się z Antonionim i z parkiem w "Powiększeniu". Pomyślałem sobie, że Giorgione, gdyby żył, robiłby filmy. Poszedłem zatem do szkoły filmowej. Potem miałem ogromne kłopoty z opowiadaniem. Wszyscy mówili story, story, literatura... Ale miałem świetnego profesora, Wojciecha Hasa, który mówił, że story to hydraulika. Tu naciśniesz, tam wyskoczy.

Ale określenie "film malarski" ma wydźwięk pejoratywny.

Mnie te wydźwięki nie tak bardzo obchodzą. Bardziej mnie obchodzi, że film daje mi pewną siłę. Trudno nawet powiedzieć na czym ona polega.

Jaki rodzaj siły ten film ma dać publiczności?

Trudno powiedzieć. To już jest poza mną.

Mieszka pan w Wenecji, Londynie i Nowym Jorku. Czy z tej perspektywy Śląsk wygląda inaczej?

Śląsk jest piękny z tej perspektywy. Mało tego. Mam przyjaciela Lorenzo Castore, który jest fotografem w Rzymie. Robi zdjęcia do takich pism jak "Vogue". Otóż, Lorenzo co jakiś czas przyjeżdża na Śląsk. Mieszka u rodzin górniczych. Wstaje o piątej rano i idzie z górnikami pod ziemię. Spędza z nimi miesiąc. Wydał we Włoszech książkę "Szczęść Boże". Zapytałem się go: dlaczego to robi?. Odpowiedział mi, że w ten sposób dotyka prawdziwego życia.