Recenzje

Reviews


Książki

Books

Szczury Manhattanu (The Pied Piper of New York) (NWP, 1993; Rebis, 2004)


1993: Szczury Manhattanu
Feliks Netz
Źródło: Dziennik Zachodni, nr 248, 22 grudnia 1993
Treść
Czytając powieść Szczury Manhattanu Lecha Majewskiego, zdaję sobie sprawę, że w czasie sławnego strajku śmieciarzy przebywałem w Nowym Jorku, i choć nie mieszkałem, jak bohater książki Majewskiego, na Manhattanie, lecz w Rego Park, widok szczura stającego – zajęczym sposobem – słupka, z dnia na dzień stał się czymś naturalnym i niemal pospolitym. Ale – schludne domki w Rego Park, to nie to samo, co kamienice na Manhattanie. Bardziej niż szczurów baliśmy się huraganu Gloria. Lech Majewski, mieszkaniec (wówczas) Manhattanu, z faktu wyjścia z podziemi olbrzymiej ilości szczurów, wywiódł przejmującą, apokaliptyczną wizję miasta i jego mieszkańców, którym los wyznaczył rolę bohaterów sławnej legendy o mieście Hameln nad Wezerą. Pojawiający się na pierwszych stronach książki ni to chłopiec ni to starzec, ktoś raczej bez wieku, grający, jak niebawem się okaże, uwodzicielsko na kornecie – to, naturalnie, ponowiony wizerunek szczurołapa z Hamelin, tutaj obdarzony imieniem Chaim. Wzgórze Koppenberg ma w powieści kształt „bliźniaków” World Trade Center, Wezerą będzie East River. Przy czym Lech Majewski nie opowiada swojej historii ustami Braci Grimm.

Owszem, motto przywołuje Roberta Browninga (Pied Piper of Hamelin), ale bliskim krewnym bohatera Szczurów Manhattanu, jest Mersault i myślę, że Obcy Camusa, to jedna z najważniejszych lektur Majewskiego. Szczury, samorzutnie przywołują Dżumę, ale jest to skojarzenie czysto ilustracyjne. Bardzo camusowski z ducha jest bohater Szczurów Manhattanu, ktoś z zewnątrz (Wyjechałeś z kraju, w którym tempo wydarzeń zapowiadało nieuchronną klęskę), ktoś obcy, człowiek bez imienia i nazwiska, ale i bez kraju pochodzenia. Żadnych znaków orientacyjnych. Jego mieszkanie jest pełne książek, ale nie wiemy, co czyta. Nikt nie ma nic do powiedzenia na temat jego akcentu, a więc językowo wtopił się w Manhattan. Pracuje w recepcji hotelu Waldorf Astoria, ale nie wiemy, czy to chwilowy postój przed szykowaniem się do jakiegoś zdecydowanego ruchu, czy właściwie jest mu obojętne, gdzie pracuje, co robi, ile zarabia.

Jest to jednak taki rodzaj zajęcia, który chroni bohatera przed zacieśnianiem więzów z innymi ludźmi. Jednocześnie jest to dobry punkt obserwacyjny: stąd dobrze widać ludzi i zdaje się, że bohater Majewskiego nieźle czuje się w roli obserwatora. Czy gromadzi jakąś wiedzę o ludziach, czy studiuje ludzkie typy, czy robi to z nudów, czy z jakimś zamiarem – nie wiemy. Wiemy o nim jedno: jest to człowiek na pół spopielony, wyniszczony pięcioletnim związkiem z Galią; spotkanie z byłą kochanką kończy się ostatecznym dopaleniem się resztek miłosnego żaru. Jest to ktoś w stanie ciągłego zaczadzenia. I ten stan porażenia miłością Lech Majewski oddaje w sposób bardzo sugestywny: jest w tym zamknięciu się na inne kobiety, na innych ludzi, na świat, na samo życie – coś dojmująco prawdziwego. Jest w tym porażeniu ból całkiem nie literacki. To nadaje tej, chciałoby się powiedzieć, literackiej opowieści, powagi. To sprawia, iż wyczuwa się daleko głębsze, niż tylko „powieściotwórcze” źródła i powody powstania tej książki. Wizja wielkiego miasta zagrożonego realnym szczurzym niebezpieczeństwem, spotkała się z niemniej poruszającą wizją człowieka do głęi samotnego, zżeranego przez obsesyjną miłość. Człowieka trawionego przez gorączkę, który powoli przestaje odróżniać sen od jawy. Gdy już jesteśmy skłonni uznać, że to tylko jego przywidzenia (w jakimś stopniu, tak), osadzenie opowieści w zaszczurzonym Manhattanie, ostrzega nas, że przejścia ze snu w rzeczywistość są tu płynne i niedostrzegalne.

Lech Majewski – poeta, malarz, reżyser – prezentuje się w tej książce od najlepszej strony. Jego obrazy są mocne, konkretne, zapadają w pamięć. To zresztą bardziej poemat niż powieść w tradycyjnym rozumieniu. Nie ma tu bowiem intrygi, właściwie nie ma nawet śladowej akcji, a przecież na stu dwudziestu paru stronicach Szczurów Manhattanu naprawdę dużo się dzieje. Ale dzieje się nie wprost, lecz pomiędzy. Pomiędzy bohaterem a miastem; pomiędzy człowiekiem a rzeczami; pomiędzy bohaterem a jego wiedzą o Manhattanie. Stwarza to wiele napięć.

Czytając tę książkę ze skupioną uwagą, pomyślałem, że jest ona – jak wiersz zaszyfrowanym dokumentem jakiegoś silnego, najgłębiej ludzkiego wstrząsu, stąd też, choć „literacka”, nie jest sztuczna. Jest wiarygodna.