Recenzje

Reviews



Opera i teatr

Stage

Ubu Rex - Teatr Wielki w Łodzi


Ubu król, czyli górą realizatorzy
Janusz Janyst
Źródło: Gazeta Łódzka, 10-11 Listopada 1993
Treść
„Razem z królem Ubu zaczyna się w teatrze fascynacja brzydotą, okropnością, chamstwem. Ubu nie jest nawet strasznym mieszczaninem. Jest już tylko barbarzyńcą, który chce ukraść, zabić i uciec” – pisał Jan Błoński o młodzieńczym dramacie Alfreda Jarry z 1888 roku. Opartą na tym utworze – uważanym za przeczucie literackiego surrealizmu i teatru absurdu – operę Krzysztofa Pendereckiego wystawił w sobotę, po raz pierwszy w Polsce, łódzki Teatr Wielki.

Historyjki, która „dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” (dla Jarry’ego nasz kraj był synonimem egzotyki) nie można zapewne brać tak poważnie, jak zrobił to kiedyś Zbigniew Załuski w Siedmiu polskich grzechach głównych. Satyra polityczna, historyczna i obyczajowa, drwina z pozornych wartości, obscena i „łacina kuchenna” domagają się przymrużenia oka zarówno w odbiorze, jak i scenicznej realizacji.

Reżyser filmowy Lech Majewski po raz pierwszy „zmierzył się z operą”. Stwierdzając kokieteryjnie w jednym z wywiadów przed premierą, że nie wie, o czym traktuje Ubu król czyli Polacy, zapowiedział niejako najwłaściwsze dla dzieła odczytanie go w konwencji absurdalności i groteski. Paradoksalne: „nie wiedząc, w czym rzecz” stworzył widowisko integralne, dynamiczne, zawierające sekwencje wizualnie wprost kapitalne (jak choćby bitwa polsko-rosyjska). Jest ono – biorąc pod uwagę operowe zwyczaje – prawdziwą feerią pomysłów! To, że publiczność nieczęsto się śmiała, wynikło niechybnie z bariery językowej, gdyż – o dziwo! – przeznaczona dla Polaków opera buffa rodzimego twórcy wykonana została po niemiecku (zamierzony absurd czy lenistwo realizatorów każące zadowolić się tekstem z prapremiery bawarskiej?).

Tak czy inaczej spektakl trzeba uznać za bardzo udany. Mocną jego stroną okazała się scenografia Franciszka Starowieyskiego, łącząca znane z jego plakatów motywy surrealistycznego „tańca śmierci”, zastosowane w malarskim tle, z pikanterią kostiumów nawiązujących krojem m. in. do rysunków samego Jarry’ego.

Muzyka Krzysztofa Pendereckiego, często zabawna, pełna rozmaitych skojarzeń, zapożyczeń, tonalizmów, zawierająca instrumentacyjne „smaczki” (z grą na pile włącznie) w partiach wokalnych bardzo jest trudna, nieraz wręcz karkołomna intonacyjnie i rytmicznie. Docenić więc należy wysiłek solistów (notabene świetnych na ogół aktorsko), z których przede wszystkim Vita Nikołajenko w roli Ubicy odniosła śpiewaczy sukces. Andrzej Kostrzewski jako Ubu sprawił pewien niedosyt brzmieniem górnych rejestrów. Podobały się m. in. – jako Królowa Rozamunda – Krystyna Rorbach i, następnego dnia, Sylwia Maszewska, zresztą trudno wyliczyć tu wszystkie postaci.

Nieco słabiej pod względem precyzji wypadły liczne w operze ansamble, obfitujące w „szaleńcze” synkopy, metra zmienne itp. Sądzę, iż da się je z czasem dopracować. Kierowana batutą Antoniego Wicherka orkiestra nie zawiodła, można by co najmniej „doszlifować” jeszcze motoryczne partie smyczków.

Ciekawy w warstwie wizualnej i dźwiękowej „Ubu król” w łódzkim Teatrze Wielkim stał się, pod wieloma względami, zaprzeczeniem operowych stereotypów. To – po prostu – kawałek dobrego teatru, wart, niewątpliwie, poznania.