Recenzje

Reviews



Filmy

Films

OGRÓD ROZKOSZY ZIEMSKICH (The Garden of Earthly Delights)


Wenecja na cyfrze
Tadeusz Sobolewski
Źródło: Gazeta Wyborcza, 12.03.2004
Treść
„Ogród rozkoszy ziemskich”, nowy europejski film Lecha Majewskiego, od dziś w kinach. To wyznanie artysty, który idzie swoją drogą. Niedocenianego w kraju, docenianego w świecie.

Historia Chrisa i Claudii, sfilmowana po bożemu, byłaby czystym melodramatem – dzieje krótkiego romansu, choroby i śmierci. On jest architektem, ona historykiem sztuki. Poznają się w Londynie. Chris – umysł ścisły, matematyczny – fascynuje się Claudią, która specjalizuje się w odczytywaniu symboliki obrazów Hieronima Boscha, nie tych piekielnych i groteskowych w rodzaju „Statku szaleńców”, lecz ezoterycznych, odwołujących się do filozofii hermetycznej, idei ziemskiego raju. Wtajemniczenie w ezoterykę idzie w parze z innym bolesnym wtajemniczeniem – Claudia jest chora na raka. „Miodowy miesiąc” Chrisa i Claudii w Wenecji jest zarazem historią choroby.

Temat „śmierci w Wenecji” prowadzi zbyt wysoko, a zarazem w regiony trochę oczywiste. Czy śmierć położy kres metafizycznym rozważaniom? Czy miłość okaże się silniejsza niż śmierć? W tego rodzaju pytaniach jest coś trywialnego.

Jak to się dzieje, że ten film, ułożony z gotowych, czasem nieco podejrzanych elementów, porusza osobistym tonem? Melodramatyczny schemat „Ogrodu rozkoszy ziemskich” został podszyty autentycznym niepokojem artysty, 50-letniego mężczyzny: Czy sztuka ocala? Czy jest metaforą rzeczywistego ocalenia?

Prawda tego filmu zawiera się w spojrzeniu cyfrowej kamery – ona jest bohaterką „Ogrodu rozkoszy ziemskich”. Kamera, którą Chris (a zarazem sam Majewski) filmuje kobietę i Wenecję, staje się argumentem przeciw rozpaczy. „Wczorajsze ciało już umarło, dzisiejsze umiera w toalecie”.

Tym, co porusza w tym filmie najbardziej, nie jest trywialna świadomość śmierci, ale wysiłek ocalania, utrwalania życia przejawiający się w sztuce, nauce, w filozofii ezoterycznej, we wszelkich działaniach, jakie trochę na oślep podejmują bohaterowi „Ogrodu...”. To wysiłek na pozór beznadziejny, jednak prowadzi do jakiejś „wiedzy tajemnej”. Nie na darmo tworzył Bosch, nie na darmo w dokach Wenecji powstało arcydzieło gondoli, nie na darmo powstało miasto na wodzie.

Lubię w tym filmie drobne momenty, kiedy bohater dostrzega w normalnym życiu, na weneckich piazzettach, rozproszone elementy obrazów, które kiedyś pokazywała mu dziewczyna. W ten sposób materialny świat zostaje podniesiony do rangi czegoś wiecznego. Symbolika obrazów van Eycka, Carpaccia zostaje odnaleziona na powrót – w rzeczywistości. Ta sama ryba, którą Claudia znajdowała u Boscha, leży na weneckim bazarze. Może sama rzeczywistość jest obrazem, a my – częścią jakiegoś obrazu?

Melodramat jest tylko kanwą, na której Majewski naszkicował wyznanie artysty idącego od lat własną drogą, niezbyt docenianego w kraju, ale odnoszącego od lat niemałe triumfy na świecie. Artysty zazdroszczącego epoce, w której piękno, rzemiosło i wiara szły razem. Marzącego o arcydziele, a zarazem mającego silne poczucie ograniczeń, jakie nakłada nam nasz los, nasza epoka.