Recenzje

Reviews



Filmy

Films

WOJACZEK


Rimbaud z PRL-u
Maria Kornatowska
Źródło: Nowy Dziennik (dod. Przegląd Polski, 16 marca 2001)
Treść
Dać mi miotłę bym zamiótł publiczny plac
Albo kobietę bym ją kochał i zapładniał
Dać mi ojczyznę abym opiewał
Pejzaż lub ustrój lżył czy chwalił rząd (...)
A ostatecznie dać mi choć wódki żebym pił
I potem rzygał bo poetów należy używać.

Rafał Wojaczek

W maju 2001 roku minie 30 lat od śmierci Rafała Wojaczka. Kawał czasu biorąc pod uwagę, że żył lat niespełna 26. Znawcy cenili w nim talent i dojrzały poetycki kunszt. Dla rówieśników był symbolem młodzieńczej niezgody na bezsens życia, na mizerię ludzkiej kondycji, na brzydotę i bolesną szarzyznę otaczającej rzeczywistości. Na ich wyobraźnię mocniej działała jego prowokacyjna postawa niż poezja. Był kimś w rodzaju Rimbauda PRL-u. Twórczość Wojaczka przypadła na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na epokę młodzieżowych buntów i kontestacji. Tyle że w zgodzie z narodową tradycją, jego bunt podszyty był silnymi skłonnościami do autodestrukcji. Samobójcza śmierć uczyniła z poet maudit postać kultową. Był środkowym ogniwem literackiej legendy PRL-u. Jego mit rodził się pomiędzy Andrzejem Bursą i Edwardem Stachurą.

Jeśliby przyjrzeć się twórczości filmowej tamtych lat, dostrzec można pewne istotne analogie z postawą i poezją Wojaczka. Poczynając od debiutanckiej Pętli Wojciecha Hasa, Kanału Andrzeja Wajdy poprzez Na wylot Grzegorza Krolikiewicza, Palec boży Antoniego Krauzego, niektóre filmy Krzysztofa Kieślowskiego i Agnieszki Holland - przewija się w polskim kinie czarna nić fatalizmu. Widmo śmierci towarzyszy postaciom. Autodestrukcja wydaje sie tkwić organicznie zarówno w bohaterach, jak i w świecie wokół nich. Wszelkie rewolty kończą się zazwyczaj albo realnym samobójstwem, albo jego symboliczną odmianą. Byłoby uproszczeniem uważać, że wizja ta odnosiła się li tylko do ponurej rzeczywistości PRL. Ustrój potęgował frustracje, intensyfikował poczucie wyobcowania, samotności, absurdu, ale sedno przesłania dotyczyło czegoś więcej, sięgało głębiej - w istotę ludzkiej kondycji. Filmy Michelangelo Antonioniego czy Ingmara Bergmana były zapewne lepiej opakowane, rozgrywały się w ładniejszych wnętrzach i plenerach, ale obraz człowieczego losu przedstawiały w równie mrocznych barwach. Myślowo nie odbiegaliśmy od kina europejskiego noszącego wówczas wyraźne piętno egzystencjalizmu z całą jego rozpaczą i bólem istnienia.

Tę rozpacz i ból nosi w sobie bohater nowego filmu Lecha Majewskiego Wojaczek. Film to osobliwy, obok Długu Krzysztofa Krauzego jedyne znaczące wydarzenie w zubożonym krajobrazie dzisiejszej polskiej kinematografii. Fabularyzowany esej, niezwykle wysmakowany formalnie. Portret artysty, który nijak nie przystaje do świata i ludzi, nawiedzonego obsesją śmierci, bo tylko ona przynieść mu może ukojenie, wyzwolić od wiecznego napięcia, dręczącego niepokoju życia i tworzenia. Niepokój nękający Wojaczka ma charakter, poniekąd metafizyczny. Wódka - a pił ostro, co wiemy nie tylko z filmu - nie jest go w stanie rozproszyć.

„Poeta pisze (czysta wódka), sztukę robi”. Film Majewskiego jest w jakiejś mierze refleksją nad sensem bycia artystą. W świecie, który sztuki nie potrzebuje, w którym artysta czuje się obco i głupio, skazany na odgrywanie roli kaznodziei, „inżyniera dusz” albo błazna.

Wojaczek nie jest biografią autora Innej bajki ani też próbą psychologicznej wiwisekcji poety. Niczego szczególnego się o nim nie dowiadujemy. Tajemnica człowieka i artysty pozostaje tajemnicą. Tkwi gdzieś, być może, między wierszami wierszy. Tkwi w nas. Czytelnikach i widzach.

Film otwiera i zamyka formalna rama. My, widzowie, wchodzimy - poprzez uchylającą się bramę-okno w przestrzeń filmu, by na końcu opuścić ją, wycofując się razem z kamerą. Majewski wspólnie ze swym znakomitym operatorem Adamem Sikorą niezwykle konsekwentnie buduje tę przestrzeń. Autonomiczny, wystylizowany świat. Ciasny. Jakby bez horyzontu. Ograniczony fasadami szpetnych, odrapanych, niczym z ekspresjonistycznej scenografii zapożyczonych domów. Prawdziwych, autentycznych, a przecież jednocześnie nierealnych. Z jakąś dziwną obsesją okien i szyb, w których odbija się pustka. Rzeczywistość w filmie odsłania się we fragmentach, w przebłyskach. Częściowo i nie do końca. „W domyslach i mgle”. Postacie albo pojawiają się na tle ścian, bram, murów jakby wtłoczone w ramy jakiegoś obrazu o fakturowej powierzchni, albo też wędrują w gląb kadru, jakby wciągane w tajemny labirynt. Narracja prowadzona jest nielinearnie. Bez oczywistych powiazań. Impresyjnie. Klimatami. Bez fabularnych puent. W jakimś sensie struktura filmu zbliża się do poezji. Majewski posiada w swoim dorobku, jak wiadomo, kilka tomików poezji. Debiutowal w roku 1978 tomikiem Baśnie z tysiąca nocy i jednego miasta. W 1998 roku wyszedł najnowszy wybór jego wierszy - Św. Sebastian. Majewski uprawia nowoczesną poezję metafizyczną. Eksperymentuje. W Wojaczku próbuje znaleźć możliwość przekładu poezji na język kina. Do współpracy scenariuszowej wciągnął młodego poetę z Mikołowa Macieja Meleckiego. W roli Wojaczka występuje nie aktor zawodowy, lecz poeta własnie, Krzysztof Siwczyk. O ciekawej, pełnej wyrazu i zarazem nieodgadnionej twarzy. Niedostatki aktorskiego rzemiosła nadrabia osobowością i duszą.

Podejrzewam, że Lech Majewski - duch niespokojny, outsider polskiego kina - utożsamia się na pewien sposób z postacią Wojaczka, artysty zbuntowanego. Buntowi Wojaczka na ekranie brak wszakże konstruktywnej energii. W filmie co rusz pojawiają się napisy - ironiczne parafrazy peerelowskich haseł, np. „Partia sternikiem energii” lub „Energia jest masą”. W istocie nie tylko poecie nie dostaje energii i woli życia. Rzeczywistość dookólna cierpi na rodzaj uwiądu. Zamiera w absurdalnych gestach i pozach, w powtarzających się figurach, w bezruchu i stagnacji. Z głośników płyną wciąż te same piosenki. Jabłuszko pełne snu usypia niemal w powietrzu. Zespół Sekret z pozbawioną wszelkiej nadziei monotonią, wykonuje w lokalu dla artystów swój odwieczny repertuar. W tymże lokalu - artystyczno-intelektualnym salonie tamtych lat - ci sami ludzie obsiadają nieodmiennie te same stoliki, wygłaszając te same teksty.

Autor Wojaczka jest natomiast uosobieniem twórczej energii. Poszukuje nieustannie nowych form wypowiedzi. Pisze, maluje, komponuje. Zmienia miasta i kraje. Wciąga do współdziałania wybitnych artystów z różnych dziedzin: Janusza Kapustę, Juliana Schnabla, Józefa Skrzeka - by wymienić dla przykładu niektórych. W kinie debiutował w 1978 roku nowelą Zwiastowanie w filmie Zapowiedź ciszy. W 1980 roku zrealizował stylizowaną baśń dla dorosłych - Rycerz. W Stanach Zjednoczonych nakręcił dwa filmy niekonwencjonalne i niezależne: Lot świerkowej gęsi i Wiezień Rio. Współpracował przy scenariuszu Basquiata - opowieści o innym zbuntowanym artyście z autodestrukcyjnymi skłonnościami. Międzynarodową sławę zdobył spektakularną inscenizacją homerowskiej Odysei na Tamizie (1982 r). Wyspecjalizował się w reżyserii efektownych inscenizacyjnie i scenograficznie spektakli operowych: Króla Ubu Krzysztofa Pendereckiego, Carmen Georges'a Bizeta itd. W 1996 r. debiutował jako kompozytor, autor muzyki i libretta do autobiograficznej opery Pokój saren. Napisał kilka powieści. W 1998 roku wydał interesujące notatki i impresje amerykańskie: Oficjalne centrum świata.