Recenzje

Reviews



Filmy

Films

WOJACZEK


Rimbaud z PRL
Tadeusz Sobolewski
Źródło: Gazeta Wyborcza, 5 listopada 1999, www.gazeta.pl
Treść

Skrzyknęli się poeci dwóch pokoleń – powstał niezwykły film nawiązujący do tradycji kina polskiego lat 60.

Geneza tego niezwykłego filmu jest inna, niż na ogół bywa w kinie polskim, rządzonym dziś – jak wszędzie na świecie – przez urzędników i biznesmenów. Film Lecha Majewskiego powstał ze skrzyknięcia się paru poetów. W ten sposób, za przeproszeniem, robiło się filmy w Peerelu, gdzie pisarze byli szefami artystycznymi zespołów. Może do tej tradycji nawiąże offowe kino przyszłości.

„Wojaczek” jest zawieszony między przeszłością a dniem dzisiejszym. Powoli wchodzi się w ten film, jakby się dawało nura w głąb lat 60. Te klimaty stają się dziś pociągające dla wielu młodych, może dla nich bardziej niż dla nas? Bo „Wojaczek” nie jest przeznaczony dla zgredów, tylko właśnie dla nich. Choć młodszym trudniej będzie docenić filmowe aluzje. I tak na przykład, długie, czarno-białe plany – sekwencje Sikory (operatora) przywodzą na myśl filmy wczesnego Skolimowskiego. Sekwencje knajpiane kojarzą się z „Pętlą” Hasa. Wojaczek w długim, zabłocony chałacie, z papierosem w ustach, odprawiający rękami dziwne rytuały, w szczególny sposób pijący wódkę ze szklaneczek-literatek, jakby odprawiał prywatną mszę, ma coś bardzo charakterystycznego dla bohatera kina polskiego tamtych lat. To outsider, który balansuje na granicy rzeczywistości, jakby za chwilę miał z niej wypaść. Na końcu drogi, jak na Kubę z „Pętli”, czeka na niego śmierć – to cała akcja. Finał znamy. 11 maja 1971 Rafał Wojaczek popełnił samobójstwo, do którego się wielokrotnie przymierzał. Była potrzeba życia, była śmierci potrzeba. Była potrzeba wiersza, potrzeba miłości” – czytamy w pośmiertnym tomiku, zatytułowanym przez niego samego „Rafał Wojaczek, którego nie było”. Wojaczek z tego filmu przypomina także Rimbauda, tego od Agnieszki Holland – ona również odnosiła tego bohatera do swoich czasów, widziała go poprzez kontrkulturę lat 60. Jak jego poprzednik sprzed 100 lat Wojaczek prowokuje filistra, wskakuje na stolik w knajpie i mimo że wszystko dzieje się w mało romantycznej scenerii, na oczach cycatej bufetowej, klientów pochylonych nad pomidorową i paru miejscowych pijaczków – przecież gest peerelowskiego Rimbauda ma podobne znaczenie. Jest reakcją na „piekło dnia powszedniego”, które poeta widzi lepiej od innych, a w który zanurzeni są wszyscy: pijaczkowie, szatniarz i bufetowa, tercet egzotyczny oraz przyjaciel Rafała, poeta Janusz Styczeń (Andrzej Mastalerz), i wchodzący właśnie do knajpy na wieczór autorski Stachura z Milczewskim-Bruno. Na zewnątrz tego piekła jest może tylko Mała, dziewczyna poety, pielęgniarka (Dominika Ostałowska) – rzeczowa, opiekuńcza i dobra, rozumiejąca wszystko poza jego wierszami, towarzysząca swemu narzeczonemu-samobójcy, jak daleko się da.

Poezję Wojaczka trudno oddzielić od życia i od legendy poety-straceńca, który sam ją kreował. „Nie z literackimi doświadczeniami mamy tu do czynienia – pisał na przełomie lat 60. i 70. Jan Błoński – ale z rozpaczliwym zapisem doświadczeń wewnętrznych, do których trudno dobrać klucz”. Czy dziś, po latach, film Majewskiego daje nam ten klucz? Czy tłumaczy jego śmierć? Czy wpisuje się w dyskusję o nim?

Na temat Wojaczka krążą dwie różne opinie: deprecjonująca i apologetyczna. Według tej pierwszej był bezgranicznie samotny i osobny, obciążony skazą psychiczną, z której nie potrafiła go uleczyć poezja. Interpretacje Stanisława Stabry pokazywały Wojaczka jako dziecko swojego czasu, umieszczały jego katastrofizm na tle nędzy tamtej epoki. Jego „głód, ból i samotność miały konkretny społeczny sens”, były reakcją na martwy, pomarcowy, gomułkowski czas, na który przypadła jego młodość (zmarł, mając 26 lat). Film Majewskiego idzie w tę stronę – ale nie do końca. Przyglądamy się poecie zarazem od wewnątrz i z zewnątrz. Właśnie dzięki jego niejednoznaczności może ten film docenić ktoś taki jak ja, najdalszy od kultu Wojaczka i jego poezji. Co nie znaczy, że powstał film o Peerelu. Przywoływać postać tragicznego poety po to tylko, żeby oskarżać ówczesną rzeczywistość, byłoby czymś trywialnym.

Majewski ominął te pułapki. Pokazał, jak poeta kreuje sam siebie, a przecież film nie działa jak jego demaskacja. Reżyser również zastosował stylizacyjny zabieg – pewne gesty poety, zwłaszcza ostatni, wydają się aluzją do mszy. A nie odbiera się „Wojaczka” jako filmu ku czci. Nie ma też w nim banalnego przeciwstawienia typu: poeta i głupi filistrzy. Przeciwnie, Majewski w delikatny sposób zaciera granicę między bohaterem a światem, pokazując, że Wojaczek jest z tego samego świata, co wszyscy ludzie, którzy mu towarzyszą. Więc jeśli ten film miałby być „mszą” – to nie tylko za poetę, ale także za bufetową, szatniarza, za gospodynię w lokówkach, za Violettę Villas, która śpiewa z radia „piosenkę indonezyjską”, za Janusza Stycznia, pokazującego się osobiście, podobnie jak Andrzej Wojaczek w przejmującej konfrontacji z wcieleniem Rafała. Za całą rzeczywistość, ku której autorzy tego filmu wychylają się z czymś w rodzaju nostalgii.

Ale za czym ta nostalgia?! Za bufetem MHD, za szarymi ulicami, na których zamiast naszych cudownych reklam wisiały surrealistyczne, propagandowe hasła? Za rzeczywistością, która bywała nie mniej trudna do zniesienia niż nasza? Myślę, że jest to nostalgia za światem, w którym człowiek miał na swoją obronę poezję, gdzie poezja liczyła się bardziej niż dziś, a dla wielu stanowiła metafizyczne ujście.

Przed paru laty w Mikołowie, na ścianie kamienicy, gdzie Rafał Wojaczek mieszkał z rodzicami i bratem Andrzejem (dziś znanym wrocławskim aktorem i reżyserem), odsłonięto tablicę pamiątkową ku jego czci. Na przeciwległym rogu swoją tablicę ma Norwid, który przez parę dni bawił w tym mieście. Obie tablice pojawiły się w momencie, kiedy wiceburmistrzem Mikołowa został człowiek „Solidarności”, sam zresztą poeta, Marian Sworzeń. Z jego inicjatywy w dawnym mieszkaniu Wojaczków, gdzie stoją jeszcze ich prawdziwe meble, powstał Instytut Mikołowski, prowadzony dziś przez dawnego szkolnego kolegę Rafał – poetę Pawła Targiela. To w tym domu i na pobliskich uliczkach, w knajpie, z której poeta wychodził przez okno, tłukąc szybę, kręcono zdjęcia do filmu Wojaczek. Adam Sikora też zna te miejsca, bo jest z Mikołowa, podobnie jak współscenarzysta filmu, poeta Maciej Melecki. W postać Wojaczka wcielił się – właśnie: wcielił, a nie zagrał – inny poeta z Gliwic, młodszy od swojego bohatera o całe pokolenie, Krzysztof Siwczyk.

Reżyser Lech Majewski też wywodzi się ze Śląska. Tam w latach 70. pisał swoje młodzieńcze wiersze, stamtąd wyjechał w świat. Zrealizował trzy filmy w Stanach, a scenariusz o Basquiacie, nowojorskim artyście-straceńcu, związanym z fabryką Warhola, napisał, jak twierdzi, z myślą o Wojaczku, przerzucając w ten sposób pomost między kontrkulturą Peerelu i Ameryki. To ciekawy trop; pod wieloma względami byliśmy bliżej świata, niż nam się wydaje.