Recenzje

Reviews



Filmy

Films

ANGELUS


Fruwająca krówka Saturna
Bożena Janicka
Źródło: Kino 2001, nr 11
Treść
Każdy, kto coś wie o Teofilu Ociepce, śląskim malarzu - prymitywiście albo tylko zdarzyło mu się o nim słyszeć, zna jego odpowiedź na pytanie, dlaczego maluje to, czego nie ma, np. krasnoludki - Nie ma? To kto to są te małe brodate w czerwonych czapeczkach? - odpowiedział podobno Ociepka. Nieważne, czy było tak naprawdę, ważniejsze, że ta anegdota mówi wiele o Ociepce i jego obrazach. Malował coś, co nie może istnieć ale zaistnieje, jeśli artysta powoła to dziwo do życia.

Na podobnej zasadzie powstał "Angelus", dziwo nie mniej dziwne niż krasnoludki z przywołanej anegdoty albo "Lew Saturna", "Słoń Saturna", czy "Fruwająca krówka Saturna", inne ulubione modele Ociepki. Najdziwniejsza jest jednak rzeczywista historia, do której odwołuje się film Majewskiego: istnienie okultystycznej grupy czy gminy w Janowie, górniczej osadzie na Śląsku. Działała tam podobno w latach 30. i przetrwała dwie dekady po wojnie. Podobno - bo musimy zaufać Majewskiemu, który informuje o tym w tzw. pressbooku filmu; bez jego poręczenia sprawa wydawałaby się zbyt fantastyczna. Chociaż autentyczność tej historii poświadczałyby również pewne tropy z wydanego w roku 1958 studium Andrzeja Banacha o fenomenie malarstwa Ociepki. Banach pisał w swojej książeczce, że Ociepka "cytuje szeregi książek z zakresu wiedzy tajemnej", że "zna dobrze >>tajemną<< literaturę dawną i nową". Banach przywołuje też wypowiedź samego malarza: "Bo ja, proszę państwa - mówił Ociepka - jestem naturą faustyczną". I sam Banach: "Ociepka jest człowiekiem religijnym, w każdym sensie tego słowa. Może dlatego (...) miesza z religią wiarę w duchy, w czary, w baśnie..."

Główna postać filmu, górnik i malarz Teofil, po śmierci poprzednika mistrz małej grupy okultystycznej, wzorowana jest na Teofilu Ociepce, czyli postaci autentycznej, niektóre inne postacie też mają podobno rzeczywiste pierwowzory. Lecz gdyby Majewski opowiadał tylko o czymś w rodzaju wybryku natury, "Angelus" byłby jedynie ciekawostką. Tymczasem wyczuwa się, że reżyser dotknął czegoś istotnego, ważnego. Tym czymś jest współobecność w naturze człowieka elementów tak sprzecznych, jak racjonalistyczny, trzeźwy pragmatyzm - i wiara w istnienie w świecie pierwiastków tajemnych. "Angelus" opowiada o przypadku skrajnym, a więc szczególnie wyrazistym. "Umysł ludzki, sam sobie pozostawiony, zamki owe i świątynie stawia w obłokach"; to Anatol France, w "Gospodzie pod Królową Gęsią Nóżką". Oto górnicy, ludzie ciężkiej pracy a nie księgi, plebejsko rubaszni - i "wiedza tajemna", wywodząca się z Babilonii i Starożytnego Egiptu. "Umysły pozostawione same sobie", lecz z zakodowanym genetycznie pragnieniem objaśnienia czymś - czymkolwiek - wielkiej tajemnicy świata - i spekulacje myślowe teozofów, które tamci, prości traktują dosłownie, wierząc, że to, co "piszą w książkach" musi być prawdziwe. Nawet "obłoki" France'a są jak z tego filmu: okultyści z Janowa wierzą, że o losach świata zadecyduje planeta Saturn, stamtąd przybędzie "promień, który dupnie w ziemię", co będzie oznaczało koniec świata.

Wzniosłość i śmieszność - to kolejne przeciwstawne żywioły, istniejące obok siebie w "Angelusie". Wzniośle-śmieszne jest zaklinanie Saturna, którego światło wyobraża czasami żarówka, śmiesznie-wzniosła wędrówka na szczyt hałdy nagiego młodzieńca, który ma ocalić świat przed owym promieniem. Tę dwoistość ukazuje Majewski z godną podziwu subtelnością, gorzej jest jednak, kiedy pokazuje samą tylko komiczną stronę życia. Powielając sceny łóżkowych igraszek potężnie zbudowanego okultysty ze stukilową żoną, namolnych zaczepek innej stukilowej pani wobec innego "chopa", zboczonych zapędów najmniej rozgarniętego z grupy (chciałby każdemu robić lewatywę), reżyser trochę męczy i nudzi. Cel tych multiplikacji trudno odgadnąć, nie adresował przecież "Angelusa" do widzów prymitywnych. Zbudowałby wtedy swój film prościej.

Zasadniczą cechą struktury "Angelusa" jest bowiem, jeśli można tak powiedzieć, polifoniczność. Pokazać, że Saturna może coś łączyć z Ziemią, prostoduszność z ezoteryzmem, śmieszność z wzniosłością, słowem ogień z wodą; taki był chyba nadrzędny zamysł, organizujący materię filmu Majewskiego. Kolejne żywioły, na pozór nie do pogodzenia, które zestawił w parę: stara, śląska kultura ludowa i nowa, która chce tę kulturę udawać (akcja filmu kończy się w roku 1953). Oto odbywa się zabawa: ZMP-owska, bo organizują ją młodzieńcy w zielonych koszulach i czerwonych krawatach, ale zdecyduje o jej klimacie żywioł silniejszy: tradycyjny, śląski. Panny, jak zawsze, siedzą rzędem pod ścianą czekając na danserów, obowiązkowa postać takich zabaw - miejscowy dowcipniś wypuści mysz, żeby dziewczyny mogły udać, że się boją, stara Ślązaczka coś odśpiewa i zatańczy solo. To będzie ich zabawa, a nie ZMP-owców, chociaż próbowali nadać jej własny ton.

Zabawa jest prawdziwa, "pieśniczka" i taniec starej Ślązaczki - autentyczne (w filmie występują także tzw. naturszczycy), lecz pewne sceny, nawiązujące do śląskiego folkloru, reżyser skrajnie wystylizował. A więc kolejne przeciwstawne żywioły, które łączy w swym filmie: autentyk i stylizacja. Jasełkowe "sceny z życia" Hitlera i Stalina mogą zastąpić długi wykład o tym, jak wyobraźnia społeczności nazywanych kiedyś "ludem" unieważnia i poniekąd oswaja politykę i historię, dyktatorów i tyranów, trwając ponad polityką, historią i wszystkimi wielkimi tego świata.

Piękna jest również strona plastyczna filmu. Gdyby "Angelus" został pomyślany jako "jednogłosowy", reżyser wystylizowałby ją na malarstwo naiwne, tymczasem postąpił wręcz przeciwnie: pewne ujęcia "Angelusa" zakomponowane są jak obrazy bardzo wyszukane. Teofil Ociepka, malarz - prymitywista, lecz talent z bożej łaski, umiałby na pewno docenić ich piękno.