Recenzje

Reviews



Filmy

Films

OGRÓD ROZKOSZY ZIEMSKICH (The Garden of Earthly Delights)


Celuloidowy Bosch
Magdalena Łukaszewicz, współpraca Katarzyna Gronowska
Źródło: Newsweek 08/2004 www.newsweek.pl
Treść

"Lech Majewski swoimi filmami udowadnia, że jak nikt inny umie opowiadać o roli sztuki w życiu człowieka."

Z oszklonego tarasu paryskiego mieszkania reżysera rozciąga się widok na miasto skąpane w lutowym popołudniowym słońcu. - Teraz ślęczę nad kolejnym projektem. Żeby go zrealizować, musiałem się przenieść do Paryża - mówi, cedząc każde słowo. Nagabywany o to, by zdradził, co to za projekt, ucina: - Nic więcej nie powiem. Staram się nie mówić o tym, czego jeszcze nie ma.

Zanim dowiemy się, co przygotowuje Majewski, już 12 marca będziemy mogli obejrzeć jego najnowszy film "Ogród rozkoszy ziemskich". Kameralną opowieść o miłości i przemijaniu zobaczą też widzowie w pięciu innych europejskich krajach, m.in. we Włoszech, Francji i Wielkiej Brytanii.

Bohaterowie tej historii to para dojrzałych ludzi. Chris jest inżynierem okrętowym, którego świat wypełniają liczby i projekty statków. Jego partnerka Claudia choruje na raka. Jest historykiem sztuki i obsesyjnie fascynuje się malarstwem Hieronima Boscha (1450-1516). Tytułowy "Ogród rozkoszy ziemskich" to naszpikowany symbolami obraz tego malarza. Claudia, zanim umrze, pragnie rozszyfrować ukrytą w obrazie tajemnicę, dzięki czemu zdąży jeszcze za życia osiągnąć raj. Chris zaś nagrywa kamerą wideo każdą chwilę spędzoną ze swoją ukochaną, jakby chciał zatrzymać czas.
- W wielu scenach prosiłem aktorów, żeby kręcili siebie nawzajem. Chciałem podkreślić intymność, jak najdokładniej pokazać związek tych ludzi - tłumaczy.

Reżyser nie kryje, że jego film zawiera wiele wątków autobiograficznych. Majewskiemu - podobnie jak Chrisowi - zmarła najbliższa osoba. Artystę, tak samo jak bohaterów filmu, fascynuje malarstwo Boscha.
- Jego wspaniałe, metaforyczne dzieła powstały 500 lat temu, a ciągle są przedmiotem analiz naukowych - mówi Majewski.

W swoich filmach przywiązuje wielką wagę do poszczególnych ujęć. "Każdy kadr z tego filmu mógłby być oddzielnym dziełem sztuki" - napisał "New York Times" po amerykańskiej premierze "Wojaczka" w 2000 roku. Film docenili nie tylko recenzenci. Otrzymał aż 23 nagrody na festiwalach, m.in. w Barcelonie i Toronto.

"Wojaczek" to hołd oddany jednemu z ulubionych poetów Majewskiego. Jego wszystkie pozostałe filmy - podobnie jak czarno-biały portret tragicznie zmarłego artysty - są odbiciem osobistych fascynacji. Średniowieczem - debiutancki "Rycerz" (1980) z Danielem Olbrychskim, nowoczesnym malarstwem - "Basquiat" (1996), do którego napisał scenariusz. Z kolei niezwykle barwny "Angelus" (2001) to zauroczenie Śląskiem i okultyzmem. - Niemal wszystkie opowiadają też o życiowych outsiderach - dopowiada reżyser.

Majewskiego nie sposób zamknąć w szufladzie z napisem: "film". Publikował powieści (m.in. "Kasztanaja", "Hipnotyzer", "Oficjalne centrum świata") i tomiki poetyckie. Jest autorem spektakli teatralnych i współtwórcą (wraz z Józefem Skrzekiem) autobiograficznej opery "Pokój Saren" (1996), do której oprócz libretta zaprojektował również kostiumy i scenografię. Opera jest pokazywana w MoMA w Nowym Jorku, Muzeum Sztuki Współczesnej w Buenos Aires i Narodowej Galerii Francji: Jeu de Paume.
- Z natury jestem leniwy - wyznaje Majewski. Ale nie chce być cmentarzyskiem niezrealizowanych pomysłów i cały czas coś robi. Miejsca zmienia tak samo często jak dziedziny swojej działalności. Mieszkał i pracował w Londynie, Rio de Janeiro, Nowym Jorku, Katowicach, Warszawie, Wenecji i Hollywood. W podróżowaniu przeszkadza mu tylko jedna rzecz: walizki. Niebawem znów je spakuje. Pod koniec lutego wylatuje do Warszawy, by w Teatrze Wielkim powtórnie wyreżyserować operę "Carmen" i promować "Ogród rozkoszy ziemskich". W kwietniu wróci na kilka tygodni do Paryża, a w maju osiądzie na dłużej w Wenecji. - Muszę skończyć powieść, nad którą właśnie pracuję - mówi.

Majewskiemu najlepiej żyje się i tworzy w Wenecji. Od czterech lat ma tam mieszkanie. - Wenecja to jedyne miasto na świecie, w którym nie ma samochodowego zgiełku. Wszystko tu pływa: karetka pogotowia, a nawet kondukt pogrzebowy złożony z motorówek czy orszak weselny - mówi. To właśnie w Wenecji rozgrywa się akcja "Ogrodu...".

Od niedawna reżyser fascynuje się techniką cyfrową. Część zdjęć zrealizował właśnie kamerą cyfrową. Ukuł nawet nowy termin. Swój najnowszy film określa mianem "neorealizmu cyfrowego".
Ale w jego mieszkaniu nie ma ani komputera, ani stołu montażowego. - To wszystko mnie tak naprawdę przeraża. Kamera to jedyny przedmiot, z którym się oswoiłem. Czuję strach przed perfekcjonizmem komputera - tłumaczy. Na jego idealnie uporządkowanym biurku leży pióro i sterta kartek zapisanych bardzo niewyraźnym pismem. - To jak zapis z elektroencefalografu, co? Tylko ja i mój asystent potrafimy rozczytać te bazgroły - śmieje się Majewski.

Oprowadzając mnie po paryskich uliczkach, wybiera ciche zaułki, małe kawiarenki. Pytam o Polskę, o nostalgię, żale. - Jak można mieć żal do kraju? Choć mam świadomość, że to bardzo trudne miejsce dla takiej działalności jak moja. Odnoszę wrażenie, że o wiele lepiej i serdeczniej przyjmują mnie poza Polską - mówi. I po chwili dodaje: - Ale z drugiej strony, nigdzie poza Polską nie zrobiłbym "Wojaczka" czy "Angelusa".

Kiedy w 1980 roku na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku pokazywany był debiutancki film Majewskiego "Rycerz", polska krytyka nie zostawiła suchej nitki na tej opowieści o średniowiecznym rycerzu, poszukującym ładu w zżeranym biedą i toczonym chorobami królestwie. Ale po kilku dniach w "Timesie" ukazała się recenzja w zupełnie innym tonie: "Znakomita ballada rycerska, z doskonałą obsadą i klimatem rzadko spotykanym w kinie". Dzięki tej recenzji reżysera zaproszono na festiwal filmowy do Londynu. - Ten film otworzył mi drogę do kariery - wspomina.

W Londynie na barce pływającej po Tamizie wystawił "Odyseję". - Marzyłem, by pokazać to widowisko na Wiśle, w Warszawie, w 1977 roku, ale nie dostałem pozwoleń od władz miasta.

Po sukcesie "Odysei" Majewski wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam zaprzyjaźnił się z Michaelem Hausmanem, producentem filmów Milosa Formana. Napisał scenariusz na podstawie swej debiutanckiej powieści "Kasztanaja" (1981). - Pokazałem to Mike'owi, a on na to: "Katowice nakręcimy w Pittsburghu, a Sopot - w Hollywood". I tak powstał "Lot świerkowej gęsi" (1986) - opowieść o bezrobotnym górniku, który pomaga młodej dziewczynie wyjść na prostą.

To był pierwszy amerykański film Majewskiego. Rok później reżyser zabrał się za kolejny - "Więzień Rio" (1988). - Zdjęcia realizowaliśmy w Rio de Janerio. Zamieszkałem tam na prawie dwa lata. Kocham to miasto prawie tak samo jak Wenecję i Katowice. Tam ludzie, idąc do pracy, tańczą sambę - opowiada podekscytowany.

Po tym filmie twórczością Polaka zainteresował się David Lynch ("Zagubiona autostrada", "Blue Velvet"). Dwa kolejne projekty Majewskiego: "Ewangelia według Harry'ego" (1993)" i najgłośniejszy "Basquiat" (1996) współfinansowało studio filmowe Lyncha, Propaganda Films.

Jednak tego ostatniego, opowiadającego o genialnym twórcy graffiti, tytułowym Basquiacie, nie reżyserował. Napisał scenariusz i wyprodukował. - Chciałem, by ten film zrobił amerykański malarz. Zaprosiłem do współpracy wybitnego artystę i jednocześnie przyjaciela Basquiata, Juliana Schnabla. I trafiłem w sedno - mówi.

Już wiadomo, że w sedno trafił również z "Ogrodem rozkoszy ziemskich". Na weneckiej prapremierze 6 lutego publiczność przyjęła film owacją na stojąco. Czy 12 marca z krzeseł wstaną polscy kinomani, by oklaskiwać Majewskiego?