
Basquiat nazywany jest Czarnym van Goghiem lub Hendrixem Świata Sztuki. Przeszedł jak meteor przez nowojorską scenę i umarł podobnie jak Hendrix, Joplin i Morrison, w wieku dwudziestu siedmiu lat, z przedawkowania heroiny. O jego śmierci przeczytałem w „Vanity Fair”. Informacja wstrząsnęła mną. W jakiś dziwnie uparty sposób kojarzył mi się z Wojaczkiem. Obaj byli wolni, nie lubili mundurów i przechodzili przez szklane drzwi bez użycia klamki. Będąc poetami swojego czasu, zmarli przedwcześnie i tragicznie.
Był koniec 1988 roku i właśnie wróciłem do Nowego Jorku z Rio de Janeiro. Ukończywszy „Więźnia Rio”, postanowiłem zdokumentować historię Basquiata. Przez następne trzy lata śledziłem jego losy; rozmawiałem z przyjaciółmi, marszandami i rodziną. W moich wysiłkach pomagali mi Julian Schnabel, Francesco Clemente i Keith Haring – legendy nowojorskiego świata sztuki. Z Julianem zaprzyjaźniłem się i zdecydowaliśmy, że to on zadebiutuje jako reżyser przyszłego filmu. Nie przypuszczałem, że pomimo tylu dobrych recenzji, m. in. Sidneya Lumeta, Diane Keaton i Dennisa Hoppera, na historię Basquiata będzie tak trudno zdobyć pieniądze. Dystrybutorzy uważali, że jest zbyt mroczna; Julian musiał dokonać wielu poprawek, nim uznali, że wystarczająco złagodził drastyczne sceny. Po siedmiu latach film wreszcie powstał. Grają w nim gwiazdy amerykańskiego undergroundu, a mnie pozostaje satysfakcja, że jednak historia Basquiata doczekała się ekranizacji. Dystrybutor sprzedał ją do wszystkich krajów świata. Oddaję zatem w Państwa ręce opowieść, która zapoczątkowała ten proces.
I
Rzędy półek z artykułami spożywczymi oświetlone są przenikliwym, kłującym światłem lamp neonowych. Nie ma nikogo w pustej przestrzeni supermarketu. Taśmy przesuwają towary w kierunku kas. Nie odbiera przez nikogo opakowania, butelki i puszki tłoczą się na krańcach kontuarów. Spadają i rozbijają się na posadzce.
Z kontuaru osuwa się rząd butelek tequili. Hawajskie palmy na jaskrawych etykietach roztrzaskują się na kawałki.
Czarnoskóra dłoń naciska guzik. Taśma zatrzymuje się.
Ojciec Basquiata, mężczyzna po pięćdziesiątce, który
z trudem mieści się w trzyczęściowym garniturze,
przygląda się zniszczeniom. Potrząsa głową i podnosi z podłogi kilka opakowań.
Do sterty jedzenia zbliża się bezpański pies. Ojciec zdejmuje pas od spodni i uderza psa z niemą wściekłością. Powietrze przeszywa skowyt.
II
Jean-Michel Basquiat budzi się z przerażeniem. Podnosi się, by usiąść w kartonowym pudle schowanym w krzakach na Tompkins Square.
Jego haitańska twarz o łagodnych rysach zwieńczona jest
irokezem o rozjaśnionych dreadlockach.
Nad Manhattanem wstaje świt. Żylasty mężczyzna gra na trąbce na pustych ulicach Lower East Side. Spowita obłokami pary grupa Murzynów spogląda rozespanym wzrokiem w przestrzeń.
Basquiat wstaje. Każda część jego zniszczonego ubrania pochodzi z innej parafii i jest poplamiona farbą. Poszarpany podkoszulek bez rękawów nałożony jest na kurtkę. Spodnie z tropiku pod zewnętrzną warstwą obciętych i rozprutych w szwach dżinsów, przymocowane są do ud jak kowbojskie ochraniacze.
Na poboczu Tompkins Square zaparkowany jest chevrolet. W samochodzie nie ma nikogo. Pomimo suchego poranka jego wycieraczki są włączone. Powietrze przeszywa wysoki jęk.
Ręka trzyma cegłę. Mierzy. Robi wymach. Cegła uderza w szybę samochodu. Szkło pokrywa się białymi grudkami jak zwarzone mleko.
Wycieraczki zatrzymują się.
Jean-Michel idzie wzdłuż ścian pokrytych tajemniczymi graffiti,
które obwieszczają:
SAMO JUŻ NADCHODZI
SAMO JEST TERAZ
SAMO JEST ALTERNATYWĄ BOGA
Każde ze zdań zawiera symbol praw autorskich © i podpis: „samo”.
III
Ręka Jean-Michela pojawia się na tle walącego się muru. Trzyma aerozol, który z sykiem rozpryskuje farbę, by utworzyć słowa:
SAMO JAKO DZIECKO KOSZMARÓW STRUSIA
©samo
- Spójrz tylko w lustro. Wyglądasz jak zwierzę...
W biurze głównego księgowego piekarni English Muffin ojciec Basquiata siedzi za biurkiem i w milczeniu spogląda na syna. Porządek, równe sterty posegregowanych dokumentów, trzyczęściowy garnitur, wypielęgnowana roślina na ścianie, wystawa trofeów tenisowych – tworzą całkowity kontrast z dredami blond i podartym
ubraniem Jean-Michela, który siedzi niedbale rozwalony w fotelu.
- Dlaczego miałbym ci dać pieniądze?
Jean-Michel nie odpowiada. Siedzi wpatrzony w fotografię na biurku ojca. Jest na niej uśmiechnięta biała kobieta w średnim wieku.
- Jeśli weźmiesz się w garść, to mógłbym mieć dla ciebie
pracę. - Ojciec opiera się wygodnie w fotelu. – Mógłbyś być gońcem, czy coś takiego. Co robisz? Odłóż je.
Jean-Michel odcina nożyczkami kilka dreadlocków. Wkłada je do koperty i zakleja ją.
- To dla ciebie.
- Dlaczego to zrobiłeś? – Ojciec bierze kopertę.
- Bo mam taką ochotę.
- Nie można iść przez życie, robiąc to, na co się ma
ochotę. – Ojciec wrzuca kopertę do kosza na śmieci.
- Dlaczego nie?
- Nikt tego nie robi. Kim zamierzasz zostać: włóczęgą czy złodziejem?
Jean-Michel podnosi wzrok i spogląda na ojca.
- Jednym i drugim - artystą.