Książki

Books


Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot Cudownej (Universitas)
[1996]
Opis książki
Przedmowa Bronisława Maja:

Brigitte Bardot i tow. Jóźwiak z UB; Pablo Picasso i Jack O’Belisk; Rudolf Hess i Caravagio; Lady Vii Ulla, gwiazdy hard-porno i Urbuś, Szopcio i Atom, chłopaki ze śląskiej szkoły lat sześćdziesiątych; Marylin Monroe i Wirski, sadystyczny nauczyciel muzyki; szaleni poeci: Marta Kruger i Sebastian Lok, i Marlon Brando; Cézanne i John Lennon; Sartre i Ringo Starr; Templer, śmieciolog, Raindranath Tagore, Liz Taylor, Oscar Noble... i długo by tak jeszcze można wymieniać. Co łączy te postacie: historyczne i wymyślone, w różnych czasach i różnych światach (i filmach) żyjące (lub nie); co je łączy? Wszystkie są oczywiście mieszkańcami Hotelu.

Jakiego Hotelu? Gdzie jest taki Hotel? Ten Hotel (a może Labirynt? Albo – Świat?) został zbudowany w miejscu, gdzie krzyżują się i przenikają różne rzeczywistości: historii, snu, kultury, marzenia czy mitu, i gdzie stapiają się w jedno – różne czasy. Ten Hotel ma nieskończoną ilość pokoi, korytarzy i drzwi, za niektórymi z nich – nagle, ale w najoczywistszy sposób – rozpościerają się... Syberia, Anglia, Bukowno, Katowice, Plac Zwycięstwa albo Riva dei Sette Martiri. W tym Hotelu – co także wydaje się naturalne – jest tajemniczy Ogród, podziemne rzeki i kanały, i Biblioteka, w której można przeczytać własne, dosłownie sprzed chwili, myśli.

Z wielu rzeczywistości wzniesiono ten Hotel. Jedna - najłatwiej dostrzegalna, najprostsza do wyodrębnienia - jest całkowicie realistyczna. To świat PRL-u lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych: szkoła z jej koszmarnymi rytuałami, pochód pierwszomajowy, ulica, program radiowy i telewizyjny, kumple z klasy, portrety Gomułki i Cyrankiewicza… W tej rzeczywistości dzieje się jedna z mnóstwa – ale jedna z kluczowych! – historii tej powieści: poszukiwanie ojca przez nastoletniego bohatera-narratora; ojca – byłego lotnika Dywizjonu 302, więźnie PRL-owskich więzień, którego prawdziwy los matka skrzętnie ukrywa przed naszym bohaterem. To jedna z warstw powieści Majewskiego: pokoleniowo-historyczna, tak ją nazwijmy. Zapis pogmatwanej, pełnej sprzeczności i napięć, ironicznie rozbitej świadomości tamtej epoki; świadomości rozpiętej pomiędzy – by mówić, jak niekiedy Majewski, nazwiskami-hasłami – Brigitte Bardot i Beatlesami a Gomułką i Cyrankiewiczem; pomiędzy cudownym i nieziszczalnym pragnieniem Innego Życia a upokarzającą, miałką codziennością. W tym „pomiędzy”, na tej granicy – mieścił się zapewne sens bytowania w owej przedziwnej krainie zwanej PRL-em.

Ale to tylko jedna z rzeczywistości tworzących świat Hotelu. Co więcej: jest ona do wyodrębnienia tylko w takiej – przyznaję: nieludzkiej i bezdusznej – analizie. Bo przecież świat Hotelu – to jego najistotniejsza i podstawowa cecha (a przy okazji może najbardziej zdumiewające osiągnięcie pisarskie Majewskiego) – jest materią idealnie jednorodną, spójną. Dzieje się tak dlatego, że rozmaite postacie, rozmaite światy wchodzą w najzupełniej realne, sensualne i naturalne relacje i związki ze sobą. Inaczej mówiąc: tow. Jóźwiak przesłuchuje Liz Taylor, Adaś rozmawia z Caravaggiem i BB, a prowokator z sekcji B wchodzi nagle do hotelowej recepcji i urządza łapankę… Świat tej powieści to nie mieszanina, lecz jednolita substancja, jednorodny związek rzeczywistości: zdumiewającym fascynujący a oczywisty – oczywistością „mocnego” istnienia – jak sen. Dlatego – przy niezwykłym bogactwie: tematycznym, emocjonalnym, filozoficznym, stylistycznym – świat tej powieści nie jest chaosem. Przeciwnie: chaos świata i chaos świadomości oraz poszukiwanie „harmonijnego spełnienia i stanu łaski” to jeden z najistotniejszych kluczowych wątków powieści.

Inne – znów: tylko o niektórych, dla zaciekawienia, powiedzmy – to swoista „telemachia”; pytania o miłość, o sens i prawdę sztuki, i status artysty; rozważania nas totalitaryzmem, rewolucją, cywilizacją współczesną i jej agonią… Czasem – tematem i przedmiotem zapisu staje się… sam proces pisania (powstający jakby „na naszych oczach” – świetny chwyt narracyjny – utwór Marty Kruger…). Takiej budowie świata odpowiada wiele, kontrastujących i prowadzących ze sobą błyskotliwą grę – porządków narracyjnych: fragmenty dramatyczne, scenariuszowe, poematy, teksty „gazetowe”) („Gazeta Hotelowa”). Cały zgiełki głosów, konwencji, stylów; gromada narratorów, skomplikowany system luster… A mimo to – Jednorodność; zupełny, substancjalny świat. Bo w tym szaleństwie jest metoda, te szokująco różnorodne i wielobarwne puzzle układają się w zaskakujący bogactwem symboliki i głębią znaczeń, ale czytelny obraz. Tylko trzeba się do tego przyłożyć, a wtedy…

Dość. I tak już za dużo powiedziałem (i jednocześnie za mało: aby objaśnić księgę-labirynt Majewskiego trzeba chyba – podobną jej księgę napisać…), a przecież chciałem was tylko co do jednego przekonać i na jedno uczulić: warto wejść w ten Labirynt, jakim jest Pielgrzymka..., warto zanurzyć się w jej zadziwiający, a oczywisty i konkretny jak sen – świat. Warto zaryzykować, pamiętając wszakże, iż ta wędrówka – ekscytująca przygoda i wyzwanie zarazem – żąda szczególnej gotowości i czujności: umysłu, serca, wyobraźni, wiedzy... Od tego zależy, jak głęboko dotrzecie, jakie tajemnice „Hotelu” zdołacie przeniknąć i zrozumieć...

Stoisz przed Wejściem, masz w ręce własny, niepodobny do innych klucz; wchodzisz, wszystko zaczyna się całkiem niewinnie i zupełnie zwyczajnie (nie daj się zwieść, uważaj!), na przykład jakoś tak: Kłęby pary wirowały wokół lamp, wsiąkając w nie jak w gąbki...

Bronisław Maj


"Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej" (fragment):

Kłęby pary wirowały wokół lamp, wsiąkając w nie jak w gąbki. Pierś nieba karmiła Wenecję mlekiem swej mgły. Wilgotne oddechy mijanych kanałów były ciepłe. Odurzały. Pachniały zbutwiałym marmurem i lepkim pluskiem fal. Szedłem po omacku poprzez zsiniałą, pełznącą chmurę. Raz po raz skłębione mleko wybuchało światłem wystaw; wędliny, ubrania i telewizory wyglądały na nich jak wycięte brzytwą – kaleczyły źrenice.

Pojedynczy przechodnie mijali mnie bezszelestnie. Nie słyszałem, gdy nadchodzili; nie słyszałem ich głosów, gdy rozmawiali ze sobą; nie słyszałem nawet własnego oddechu. Nie było słychać tego, co działo się w pobliżu, podczas gdy odległe dźwięki były namacalne. Trójwymiarowe.

Dźwięk dzwonu wołał mnie nad wodami zatoki; ponaglał i napełniał tęsknotą. Skręciłem w wąską Vale Caraccio. Tu już nie było wystaw, jedynie domy, znad których opadała bezustanna kurtyna mgły. Usłyszałem szept mężczyzny oraz zduszony, kobiecy śmiech. Spojrzałem w górę, ale dostrzegłem tylko zarys okiennic. Poprzez szczeliny biły rozwidlone snopy światła. Kobieta zamilkła; rozległ się szelest prześcieradła i zduszony jęk łóżka. Radio wybuchnęło i zgasło. Ktoś zakaszlał przez sen.

Dotarłszy do stromego mostu, oparłem się o balustradę. Pode mną kołysała się gondola na wpół przykryta czerwoną ceratą. Była zacumowana u podnóża schodów obrosłych wodorostami. Gdy w pobliskim kanale przepłynęła motorówka, woda leniwie uniosła się i zachlupotała w przeżartych zębach bram.

Kropla wilgoci spadła mi na dłoń. Ocknąłem się. W narożniku kamienicy zawieszonej nad mostem widniała figura Marii Magdaleny. Z jej kamiennego palca oderwała się kolejna kropla. Wystawiłem język. Tak, miała smak mleka.

Błądziłem wąskimi uliczkami jeszcze godzinę, może dwie, czując się lekki, na pół przezroczysty, zanim dotarłem do Piazza San Marco, gdzie z podcieni wyłoniła się smukła figura kobiety idącej szybko, ze spuszczoną głową. Pozwoliłem jej wpaść wprost na siebie. Odskoczyła i uniosła twarz o zachłannych wargach. Poznałem ją natychmiast. Gdy odwróciła się i odeszła, stałem wpatrzony w zamykającą się za nią mgłę. Dopiero po chwili ruszyłem w pościg. Serce kołatało mi w piersi z obawy, iż więcej jej nie ujrzę, ale tuż koło poczty dostrzegłem ją znowu.

Zwolniła przed rozświetlonym westybulem Hotelu, w którym widać było portiera pochylonego przy stoliku. Na widok kobiety ocknął się z sennego odrętwienia i otworzył drzwi. Podeszła do recepcji, przycisnęła dzwonek. W kantorku pojawiła się sztywna, ptasia sylwetka recepcjonisty, który nosowym akcentem pozdrowił ją, wymówił cyfrę 111 i podał klucz. Jego twarz skierowała się ku mnie. Wybąknąłem coś o restauracji, a portier spojrzał na ścienny zegar i wskazał mi drogę.

Gdy dotarłem do szeroki schodów, zacząłem biec, skacząc po trzy, po pięć stopni, by zwolnić dopiero przed drzwiami windy na pierwszym piętrze. Rozsunęły się bezszelestnie. Brigitte ze zdumieniem spojrzała na mnie po raz wtóry i ruszyła w stronę swego pokoju. Nie słyszała moich kroków, stłumionych miękką czerwienią dywanu. Nie obejrzała się, bym nie pomyślał, że mnie zaprasza, że pragnie, by moje dłonie dotknęły jej skóry, by moje spocone, drżące palce nie odkryły pierwszej zmarszczki, jak koścista ręka śmierci wpijającej się w jej szyję.

Klucz nie mógł trafić do zamka. Wreszcie drzwi ustąpiły – pchnęła je zbyt mocno, ukazując wnętrze apartamentu pokrytego spopielałymi freskami. Wiedziała, że stoję tuż za nią i wpatruję się w obraz jej hańby, w jej zwiędłe, starcze, umierające ciało, ale nie była w stanie wykonać ruchu. Minęły lata, nim zatrzasnęła drzwi.


Dystrybucja (Distribution): BMR, ul. Radziwiłłowska 29/6, 31-026 Kraków, tel. 012-4223461 fax: 012-4221018

Księgarnia Wysyłkowa (Bookstore): TAiWPN UNIVERSITAS, ul. Karmelicka 34, 31-128 Kraków, tel./fax: 012-6345107