Książki

Books


Szczury Manhattanu (The Pied Piper of New York) (NWP, 1993; Rebis, 2004)
[1993]
Opis książki
Utrzymana w tajemniczej aurze historia samotności portiera hotelu Waldorf Astoria, w której jego stany emocjonalne materializują się w agresję zwierząt. Ból po rozstaniu z ukochaną potęguje atak szczurów na Manhattan. Jedyną nadzieja staje się postać Chaima chłopca ratującego miasto przed plagą, jak w starej opowieści z Hamelin.

Dystrybucja (Distribution): Dom Wydawniczy REBIS ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel. (+4861) 867-47-08, 867-81-40; fax 867-37-74 księgarnia internetowa (internet bookstore): www.rebis.com.pl, e-mail: rebis@rebis.com.pl
Fragment "Szczurów Manhattanu":

For he led us, he said, to a joyous land,
Joining the town and just at hand,
Where waters gushed...

Robert Browning „The Pied Piper of Hamelin”

I

Dostaniesz posadę recepcjonisty w renomowanym hotelu Waldorf Astoria: każdego dnia wejdziesz w łagodny granat głównego hallu, miniesz rząd białych kolumn oplecionych złotymi wężami i, zdążywszy ukradkiem poprawić krawat, staniesz za kontuarem z czarnego marmuru gotów na obsłużenie setek gości. W hallu odgrodzonym od miasta grubymi murami, zalanym niezmiennym blaskiem sztucznego światła traci się poczucie czasu, (odmierzają go jedynie przypływające i odpływające fale gości), postarasz się jednak o nocne zmiany. Unikniesz w ten sposób nadmiaru obowiązków, powtarzających się pytań, gestów i odpowiedzi. Śledząc linię złotych węży zaplątanych w kamienne kwiaty, oprzesz się o kontuar i któryż to już raz będziesz starał się zrozumieć dlaczego z trwającego pięć lat związku z kobietą którą kochałeś, z wyznań i planów zostały jedynie bolesne rany? I czemu znienawidziliście się do tego stopnia, że zmuszony byłeś wynająć to małe mieszkanie na Wschodniej Sześćdziesiątej Trzeciej, by zamknąć się w samotności, w niewierze, w rozpaczy?

Po pracy wstąpisz swoim zwyczajem do małej pizzerii na Drugiej Alei, zamówisz Veal Parmigiana, spłuczesz to zimną Colą i pójdziesz prosto do domu, by zwalić się na łóżko i spać. Spać jak najdłużej, śniąc owe natrętne i mroczne obrazy. W jednym z nich, na moście zawieszonym ponad zamgloną przepaścią stoi kobieta odwrócona tyłem. W innym, w głębi wilgotnego lasu pulsuje neon o barwie przezroczystej krwi. Jeszcze w innym, środkiem łąki kroczy mężczyzna, a rdzawa chmura nad jego głową otacza go równomiernym cieniem.

Budzisz się nie wiedząc co ze sobą zrobić. Przypominasz sobie, jak któregoś wieczora zwlokłeś się z łóżka, poszedłeś do kuchni i tam, na karcie wiszącego nad stołem kalendarza nagryzmoliłeś krótki tekst, któremu nadałeś tytuł HISTORIA MIŁOŚCI. Składał się z trzech zdań: „Po ulicach chodzą ludzie i zadają ciosy nożami. Lecz wpierw tulą się do siebie i pieszczą. Dopiero później kaleczą”. Te pretensjonalne zdania zapadną ci głęboko w pamięć. Będziesz powtarzał je po cichu nawet w największym tłoku.

Unikasz ludzi, zwłaszcza znajomych. W czasie służby musisz stykać się z gośćmi hotelu, ale są to kontakty czysto formalne. Ledwo skręcasz w przecznicę przy której znajduje się twój dom, a strach powraca ze zdwojoną siłą. Wchodząc do bramy modlisz się, by nie natknąć się na portiera, Serba w średnim wieku, który na twój widok gotów jest przymilać się łamaną angielszczyzną. Czekając na windę rozglądasz się niespokojnie, w nadziei, że nie nadejdą inni. Gdy musisz jechać w towarzystwie, odwracasz się, by studiować zawiłości mozaiki Art Deco na ścianach windy.

Może dlatego nie uświadamiasz sobie wrażenia, jakie wywiera na tobie jego niespodziewane pojawienie się, gdy jednego z tych ponurych dni wsiada do windy i staje tuż obok. Najpierw przypatrujesz się długiemu płaszczowi, potem dostrzegasz jasną, delikatną twarz. Ma najwyżej trzynaście lat; mimo wątłej budowy jest wyrośnięty. Zanim wysiądzie na czwartym piętrze przez ułamek sekundy spojrzy na ciebie wilgotnymi oczyma przypominającymi ślepia sarny. Wystarczająco długo, by nawiedziło cię zarzewie buntu tlące się w głębi jego źrenic. Pogrążony bez reszty w konstruowaniu misternych planów powrotu do kobiety, której nie przestałeś kochać, prawie nie zauważysz, że owo spojrzenie zdoła przebić się przez warstwy mrocznych myśli, niczym światło księżyca przez zasłonę nocy.

Tego wieczora bowiem, tak jak codzień, będziesz czekał na jakąś wiadomość, list lub telefon, tłumacząc sobie, że tych pięciu lat spędzonych z Galią nie można tak po prostu wymazać z pamięci; że musi nadejść dzień, w którym znajdziecie się razem na zatłoczonej Pięćdziesiątej Siódmej lub w jakimś zakątku Parku Centralnego, a wtedy obejmiecie się i zapomnicie o waszych ranach.

II

Na dziennej zmianie, mimo zwykłego o tej porze nadmiaru gości i rutynowych obowiązków, czujesz się lepiej. Zajęty wydawaniem kluczy obserwujesz z rozbawieniem jak twarze biznesmenów, wykrzywione sztucznymi uśmiechami, tężeją w bólu, gdy między ich wyciągniętymi do uścisku dłońmi przeskakują iskry z naelektryzowanych powierzchni nowych dywanów.

Zza kryształowego parawanu obejmującego Peacock Alley dochodzą dźwięki pianina. Nucąc pod nosem postanawiasz po zakończeniu służby pojechać do Galii. Nie, nie chcesz do niej dzwonić, uprzedzać o wizycie. Wiesz dobrze, że zaraz zaczęłaby coś podejrzewać, a odmowa byłaby dla ciebie nie do zniesienia.

Rzucasz spojrzenia w głąb hallu, tam gdzie stoi masywny zegar pokryty płaskorzeźbami; jego cztery tarcze zwrócone na cztery strony świata zwieńcza pozłacana miniatura Statuy Wolności wsparta na mosiężnych orłach ze skrzydłami gotowymi do lotu. Jak dotąd było to jedyne miejsce, którego starannie unikały twoje oczy. Ale tego popołudnia spoglądasz na rzeźbę z ufnością.

III

Kilka godzin później prawdziwa Statua Wolności ukaże się za oknem promu sunącego w kierunku Staten Island, gdzie w niedużym, omiatanym atlantycką bryzą domu jeszcze nie tak dawno mieszkałeś z Galią. Kołyszący prom wypełniony uczniami i gospodyniami wracającymi z zakupów, przypomina ciemną poczekalnię prowincjonalnego dworca. Wciśnięty w kąt twardej i lepkiej ławki próbujesz dojrzeć przez zapocone okno światło pochodni. Z trudem odnajdujesz tamto wzruszenie, kiedy zobaczyłeś Statuę po raz pierwszy, niczym obraz z zapamiętanych wcześniej filmów. Miałeś nadzieję rozpocząć wszystko od nowa. Niedługo potem poznałeś Galię.

Prom cumuje u nabrzeża świętego Jerzego, a ty, zdjęty nagłą trwogą, nie masz siły podnieść się. Nie wiesz, czy wysiąść, czy wracać na Manhattan. To drugie rozwiązanie, z czego zdajesz sobie sprawę, pociąga za sobą spotkanie z portierem, sąsiadami i fiolką z tabletkami nasennymi, które i tak nie uchronią cię przed zmorami nocy. Zbierasz więc resztki sił i ruszasz w stronę trapu.

Przejdziesz wolnym krokiem całą ulicę Bay i dopiero przy Clinton wyciągniesz rękę na widok przejeżdżającej taksówki. Siedząc w odrętwieniu starasz się przywołać z pamięci bardziej radosny obraz, ale bez powodzenia. Prosisz kierowcę, żeby stanął kilka przecznic wcześniej. Wysiadasz. Krew w skroniach pulsuje silniej i nie umiesz powstrzymać narastającego drżenia. Wiesz czego się boisz. Boisz się, że Galia już nie mieszka sama. Drzwi otworzy ci jakiś obcy facet, zapyta czego chcesz, a ty nawet nie będziesz miał prawa dać mu w mordę.

W domu nie ma nikogo. Dzwonisz jeszcze kilka razy i wlepiasz wzrok w okno jej pokoju usiłując dojrzeć jakiś cień za firanką. Będziesz stał przez pewien czas koło furtki, po czym zaczniesz chodzić tam i z powrotem wzdłuż płotu okalającego ogród przed drewnianym, jednopiętrowym domkiem. Usłyszysz z oddali jęk syreny. Odwrócisz głowę w stronę zatoki lecz nie zobaczysz żadnego statku. Jedynie na wydmie porośniętej kępami traw dostrzeżesz stado mew zajętych dziobaniem psiego ścierwa.

Postanawiasz napisać list. Układając w głowie jego treść szybko dochodzisz do wniosku, że pogorszysz i tak już beznadziejną sytuację. Będzie lepiej jak po prostu odejdziesz. Mijając stado mew odkrywasz ze zdumieniem, że to co dziobią nie jest ścierwem psa. Jest ścierwem ogromnego szczura.

IV

Wracasz na Manhattan wściekły. Nie odwracasz nawet głowy, gdy prom przepływa obok Statuy Wolności. Masz dosyć tych wszystkich zabiegów, by zbliżyć się do Galii. Po wyjściu z przystani chcesz zadzwonić do kogoś ze znajomych. Wchodzisz do budki, wertujesz książkę telefoniczną, by za chwilę zrezygnować z poszukiwań. Z kim właściwie chciałbyś się spotkać i dlaczego? Po to, by znaleźć się w towarzystwie tych, którzy przypomną ci twoją przeszłość? I tak nie unikniesz pytań o Galię.

Wędrujesz alejkami parku Battery tylko po to, by nie wracać do domu. W końcu postanawiasz, że najlepszym wyjściem, niemal wybawieniem, mogłoby dla ciebie być coś równie podłego jak twój nastrój. Ruszasz więc w stronę Czterdziestej Drugiej i już po chwili skręcasz w wilgotny korytarz prowadzący do kruszejącej salki kina porno.

Z biletem w ręku wspinasz się wąskimi schodami na drugie piętro. Przy wejściu wita cię tęga brunetka, której ciało wylewa się z obcisłego bikini. Spod czerwonych majtek wystają kępki grubych, kręconych włosów. Pociągając delikatnie za jedną z nich pyta, czy nie masz przypadkiem ochoty na prywatny pokaz na zapleczu. Gapiąc się na złuszczony lakier jej paznokci odpowiadasz, że jeszcze się zastanowisz, może po seansie i wchodzisz na salę.

Ekran wypełniają ciała czterech par poruszających się w rytmie klasycznej muzyki. Właśnie trwa wyścig, która z pań wyssie najszybciej swego partnera. Wśród zawodników biega nerwowo jakiś łysawy facet; mierzy czas na stoperze, gratuluje zwyciężczyni, a potem wręcza jej nagrodę w kształcie złotego fallusa. W kolejnej rundzie, panowie wysysają swoje partnerki. Widzowie zajmujący pierwsze rzędy rechoczą po każdej wypowiedzi sędziego. Tuż przed tobą chrapie Murzyn ubrany w kurtkę ze sztucznego futra. W trakcie seansu po sali krąży szóstka dziewcząt proponujących widzom dodatkowe atrakcje na zapleczu. Niektórzy podnoszą się z krzeseł i podążają za swymi kusicielkami w kierunku drzwi, zza których jak krew z rany, sączy się purpurowe światło.

Zamykasz oczy i przywołujesz z pamięci obraz Galii. Widzisz jak stoi rozebrana w półmroku pokoju, który wynajęliście na parę dni w tanim hotelu w Montrealu. Przyciskasz ucho do jej piersi, pragnąc wsłuchać się w coraz szybszy rytm jej serca. Otwierasz oczy i widzisz jej brzuch zasłaniający ekran.

Zaskoczony unosisz głowę. Naga Murzynka uśmiecha się i proponuje ci prywatny seans. Odmawiasz. Murzynka znika w ciemnościach, by w przerwie pomiędzy pierwszym a drugim filmem pojawić się pod ekranem na niewielkiej estradzie. W świetle starego reflektora kołysze biodrami w takt muzyki a ty myślisz, że jej figura i wyraz twarzy, w jakiś trudny do wytłumaczenia sposób przypominają ci Galię. Wkrótce na estradzie zmienia ją dziewczyna, która sprawdzała bilety. Zdejmuje bikini i odrzuca je za siebie, wywołując aplauz widowni. Gwizdami i okrzykami mężczyźni wyrażają podziw dla gęstości jej owłosienia. Interludium kończy się występem apatycznego tria. Dziewczyny rozbierają się niedbale, nie patrząc nawet w stronę widzów. Każda z nich ściska pod pachą torebkę.

Akcja kolejnego filmu rozgrywa się w luksusowo urządzonym apartamencie na najwyższym piętrze drapacza chmur. Za panoramicznymi oknami pada śnieg, podczas gdy w basenie z podgrzewaną wodą pluskają dwie nimfy. Wokół nich kwitną egzotyczne rośliny, a dziewczęta wychodzą na brzeg, całują się i pieszczą posyłając do kamery uśmiechy pełne udawanej rozkoszy. Zabawiając się czekają na przybycie chłopca na posyłki, osiłka o twarzy imbecyla i imponujących genitaliach.

Odwracasz oczy od ekranu i usiłujesz odnaleźć znajomą sylwetkę Murzynki. Przechadza się wzdłuż rzędów foteli i natychmiast podchwytuje twoje spojrzenie. Podchodzi do ciebie i uśmiecha się: „Chcesz mnie?” Nie odpowiadasz. „Chodź!” – nalega i bierze cię za rękę przekonana, że nie stawisz oporu. I nie myli się. Pozwalasz się prowadzić w stronę krwawiącego światła drzwi.

Długi korytarz zakręca kilka razy; mijasz szereg wąskich drzwiczek i docierasz do pokoiku, którego tapety w kolorze brudnej róży wybrzuszyła panująca wszędzie wilgoć. Pośrodku stoi kozetka obciągnięta płachtą folii załatanej klejącą taśmą. W rogu, przy ścianie, jest jeszcze miska z wodą oraz blaszane pudło z papierowymi ręcznikami.

Folia chrzęści gdy dziewczyna sadza cię na brzegu kozetki i wsuwa rękę do wewnętrznej kieszeni twojej marynarki. Wyłuskuje portfel, ślini palce, odlicza osiemdziesiąt dolarów, wszystko co masz przy sobie, i wachluje się plikiem banknotów czekając na twoją reakcję. Nie sprzeciwiasz się. Dziewczyna chowa pieniądze do torebki, a ty, zapatrzony w jej ciemną sylwetkę obrysowaną światłem czerwonej żarówki widzisz Galię, która nago przechadza się po pokoju i zatrzymuje w wystudiowanej pozie. Galia zbliża się, klęka i zaczyna rozpinać ci spodnie. Powstrzymujesz ją łagodnie, osuwasz się na kolana i wtulasz głowę w jej piersi. Czujesz jak pod rozpaloną skórą bije jej serce.

Zamykasz powieki i - kiedy wydaje ci się, że twoje ciało pulsuje tym samym głuchym nieprzerwanym rytmem - słyszysz cichy chrobot i stłumiony pisk. Otwierasz oczy. Dopiero po paru sekundach dostrzegasz pod ścianą cień szczura. Stoi na tylnych łapkach i węszy dokoła. Dziewczyna wydaje okrzyk i ciska w intruza torebką. Nie trafia. Torebka uderza o ścianę tuż ponad zadartym pyskiem, wysypując plik banknotów. Szczur obwąchuje jeden z nich, chwyta go w zęby i bez pośpiechu odpełza w ciemny kąt.

Zapominając o tobie, Murzynka zrywa się z kolan i nerwowo zbiera pieniądze, jakby w obawie, że inne szczury, przyczajone teraz w swych kryjówkach, nagle wyskoczą i rozkradną cały jej majątek. Ogarnięty uczuciem wstrętu wychodzisz.

Włóczysz się bez celu do późnej nocy, nieuchronnie zbliżając się do mieszkania. Gdy skręcasz we Wschodnią Sześćdziesiątą słyszysz wysoki wibrujący ton, rozcinający ciszę ulicy niczym ostrze brzytwy. Zatrzymujesz się. Dźwięk odbija się echem pośród wysokich ścian, ale nie potrafisz dojrzeć skąd dochodzi. Dopiero przy skrzyżowaniu z Drugą Aleją wyławiasz z mroku postać grającą na kornecie. Pamiętasz go, tylko jeszcze nie wiesz skąd. Podchodzisz bliżej i rozpoznajesz chłopca, którego spotkałeś w windzie. Ma na sobie nawet ten sam, przydługi płaszcz.

Chłopiec przestaje grać i spogląda na ciebie, a ty myślisz, że zbyt pochopnie obliczyłeś jego wiek. Jego twarz jest twarzą tak dziecka, jak i starca. Mamroczesz „przepraszam” i odchodzisz.

V

Gdy tylko zjawisz się w hotelu dowiesz się, że Neil Stainton, jeden z nocnych portierów, został zwolniony z pracy. Jakaś szwajcarska turystka poleciała na skargę do dyrektora, ponieważ Neil upuścił jej walizkę, do której zapakowała rzekomo cenny wazon. Również niedawno, pewien niemiecki przemysłowiec żalił się, że Neil był pijany w czasie służby. Tak więc szef wpadł w szał.

Poczciwy stary Neil. Dla każdego miał dobre słowo. Kto znalazł się w kłopotach zawsze mógł liczyć na jego pomoc. To prawda, że gardził nuworyszami, którzy traktowali go z wysoka żądając jedynie służalczości. Dla nas jednak Neil był żywym symbolem dawnych, wspaniałych czasów Waldorf Astorii. Był kimś.

Pochodził z Surrey, gdzie jego matka była kucharką w rodowej posiadłości lorda Hardy-Earle. Tam wychował się i nabrał manier: lubił popisywać się opanowanym do perfekcji akcentem angielskiej arystokracji i gardłował wówczas z wyciągniętą szyją niczym indyk. Od śmierci żony, którą potrąciła ciężarówka na Czterdziestej Szóstej, Neil zmienił się nie do poznania. Gdy wcześniej pozwalał sobie na żarciki na jej temat, czy w ogóle pokpiwał z instytucji małżeńskiej, to od tamtej tragedii zamknął się w sobie i stał się roztargniony do tego stopnia, że każde polecenie trzeba było mu powtarzać kilka razy. Szef miał już tego dosyć. Znalazł pretekst i zwolnił Neila z pracy.

Laura, zmienniczka z recepcji, opowiada ci o tym, a ty żałujesz starego wiedząc ile nieszczęść zwaliło się mu na głowę w ciągu jednego tylko roku. Na pożegnanie Neil przynosi bukiet kwiatów i bombonierkę, a potem, udając, że nic wielkiego się nie stało, zakłada gumową maskę Reagana: nie po to by rozbawić nas, lecz by ukryć wzruszenie. Odchodząc pyta czy nie miałbyś ochoty wpaść do niego na kielicha. „Czemu nie, tylko kiedy?”. „Choćby dzisiaj” – odpowiada.

Zajęty porządkowaniem logu rezerwacji nie zauważasz, że przy kontuarze stoi szpakowaty mężczyzna; wystrojony w płócienną marynarkę z wyszytym na rękawie emblematem Yves St. Laurenta bawi się z włochatym stworzeniem, które postawił wcześniej na ladzie recepcji. Podnosisz głowę znad logu i widzisz, że stworzenie ozdobione różową wstążeczką jest najprawdziwszym szczurem, tyle że oswojonym. Mężczyzna podnosi go ostrożnie do góry, całuje w pyszczek, a potem czeka aż szczur poliże go po gładko wygolonym policzku. Stawiając szczura na kontuar zwraca się do ciebie uprzejmie, z francuskim akcentem: „lubi Pan zwierzątka?”

Odpowiesz, że nie, ale Francuz nie zamierza odejść, tylko dalej uśmiecha się porozumiewawczo. Wiesz, że powinieneś go grzecznie poprosić, by natychmiast schował szczura, którego widok mógłby wywołać niepotrzebną panikę, ale nie odzywasz się ani słowem. Nikt nie zwraca na was uwagi, prawdopodobnie dlatego, że szczur ma długą, puszystą sierść i kolorową kokardę. Tak czy owak, goście Waldorf Astorii przyzwyczajeni są do rozmaitych dziwactw.

Odwracasz się i udajesz zajętego segregowaniem poczty. „Szkoda że nie lubi Pan szczurów... – słyszysz za sobą. – Kocham moją Sissy bardziej niż Paryż... Kiedy urządzam przyjęcie i gości ogarnia nuda, przynoszę Sissy i zabawa rozkręca się od nowa... Raz w roku – ciągnie niezrażony brakiem twojego zainteresowania– zapraszam wszystkich przyjaciół na jej imieniny do naszego domu w Wenecji. Sissy paraduje wtedy w specjalnym kapelusiku... To już niedługo, prawda moja mała? – mruczy do swego szczura – Nasi przyjaciele nie mogą się już doczekać... a propos – zwraca się do ciebie – był Pan kiedyś w Wenecji?” Kręcisz przecząco głową. „Niemożliwe! Musi Pan koniecznie pojechać... Najlepiej z kimś, kogo Pan kocha. Może się Pan zatrzymać u mnie w domu... Ach, cóż to za wspaniałe miasto!” – wykrzykuje podekscytowany.

„To miło z Pana strony – mówisz oficjalnym tonem. – Czy mogę Panu czymś jeszcze służyć?” Nie reagując na twą lodowatą formułkę, Francuz głaszcze Sissy po grzbiecie. „Chyba wybiorę się dziś do Metropolitan Museum – rzuca jakby od niechcenia. – Wie Pan, że przypomina mi ono amerykański sandwicz? Ogromne, wszystko ze sobą pomieszane i bez smaku”.

Zbierając się do odejścia, Francuz przytula Sissy do piersi i mówi z zagadkowym uśmiechem: „Widzę, że Pan cierpi”. Opuszczasz oczy, czerwienisz się. „A może Pan kupi sobie małego szczura – kontynuuje. – Nauczy się Pan nim opiekować, pokocha go; proszę mi wierzyć, nic już Pana nie będzie niepokoić. Szczury to bardzo inteligentne stworzenia”.

Czujesz się tak, jakbyś śnił jeden ze swych natrętnych koszmarów – tu, pośrodku recepcji hotelu Waldorf Astoria, który jest centrum Manhattanu, który jest pępkiem świata – a gdy Francuz salutuje i odchodzi, zdajesz sobie sprawę, że w tym stanie ducha tylko krok dzieli cię od podjęcia kolejnej, beznadziejnej wyprawy na Staten Island.

Myślisz gorączkowo jak temu zapobiec. Może skorzystać z zaproszenia Neila? Ale zapomniałeś zapytać go o adres. Z biura dyrekcji właśnie wraca Laura. Niestety i ona nie wie. Trzeba będzie zapytać kogoś, kto zna go dłużej.

Wskazując na swój aparat słuchowy, mężczyzna o krzaczastych bokobrodach podchodzi do recepcji i pyta gdzie mógłby nabyć nowe bateryjki. „Zaraz Pana zaprowadzę” – odpowiadasz uprzejmie, znajdując pretekst by wymknąć się zza lady. Zostawiasz starego przy kiosku, a sam zaglądasz do Waldorf Hideaway, gdzie wieczorami grywa na fortepianie George Feyer. Pytasz barmana o adres Neila, lecz i on nie wie. Pamięta jedynie, że Stainton mieszka gdzieś na Manhattanie.

Szerokimi marmurowymi schodami zbiegasz do podziemnych kondygnacji. W restauracji Inagiku japońscy kelnerzy tańczą między nielicznymi o tej porze gośćmi schowanymi w oddzielnych boksach. Wyciągając głowę ponad bambusowe przepierzenie szukasz wzrokiem Akida, starego przyjaciela Neila. Zaczepiasz kierownika sali, ale ten oznajmia, że Akido ma akurat wolne.

Mijasz imponujących rozmiarów portret Konrada N. Hiltona (obrzuca przechodzących wzgardliwie łagodnym spojrzeniem) i wpadasz do baru Sir Harry'ego. Tu także nikt z personelu nie zna adresu. Dopiero po kilkunastu minutach poszukiwań w Empire Room, z jego lustrzanymi drzwiami i dwoma piętrami balkonów, odnajdujesz sprzątaczkę Sarę zgarniającą rozsypane na posadzce resztki confetti. Od niej dowiadujesz się, że Stainton mieszka na Czterdziestej Czwartej, naprzeciw gmachu Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Recenzje