Książki

Books


Baśnie z tysiąca nocy i jednego miasta (Śląsk)
[1978]
Opis książki
Już zawsze pozostaniesz...

Już zawsze pozostaniesz chłopcem
Który w sobotę wieczór
Po pracy obiedzie prysznicu
Objeżdża na pożyczonym rowerze
Krainę cudzych mieszkań

Gdzie kobiety jak wigotne ryby
Przepływają między oknami
A mężczyźni na ogół
Stoją nieruchomo pod gwiazdą lampy

Poświata okien dotyka cię
Kiedy przepływasz między jej listowiem
Małże samochodów usypiają
Kiedy przepływasz jeszcze dalej
Gdzie w mglistym wieczorze zatapia się świetność dnia
I twoja nigdy nie odkupiona świetność

lato 1975

Seans nocny

Na ostatnim seansie w tramwaju
Jest przeważnie sporo wolnych miejsc
Siadam więc z dala od ludzi
I ze znużeniem obserwuję początkowe kadry
Noc wygląda trochę obco
I nie spodziewam się wielkich emocji
Lecz tuż za zakrętem koło parku Zwycięstwa
Pada na ziemię ranny ojciec
Zewsząd zbiegają się ludzie
I słychać coraz wyraźniej eksplozję syren
Matka w jesiennym palcie
Wraca z butelką śmietany w ręce
I nie reagując
Spokojnie przyrządza kolację
Przez chwilę widzę ją
Jak swoim miękkim głosem
Przywołuje braci, którzy nie wrócili z wojny
Moje dziewczyny odkrywają kołdry
I parują w ogniu snów
Moi koledzy jak archipelagi gwiazd
Ćmią zmięte papierosy
I poprawiają włosy w lusterkach z kapitanem Klossem
Światło jarzeniówek
Jest obiektywne i milczące
Z jednakową siłą dotyka moich oczu
Jak i oczu tych którzy patrzą na mnie

Sklep mięsny

W sklepie mięsnym
Na rogu miasta i nocy
Pośród zamyśleń krwawących słów i nostalgii podrobów
Spędziłem siedem dni
Przed ołtarzem chłodni
Gdzie nagie mięso
Ukrzyżowane na niklowym haku
Oddawało co dzień różową ofiarę

Zadziwiające jak beszczeszcząc krwawo
Ludzie nie chcieli wierzyć
Iż handlują w świątyni
Toteż dla nich są noce długich noży
Ustawionych spokojnie w szeregu
Z żelazną pewnością oczekujących
Na czas odwetu

Jak Fred Astaire

Żeby tu była orkiestra i grała
A ja bym mógł tańczyć jak Fred Astaire
I odepchnąć wstecz wyplute dnie
I wyrzucić spocone przydeptane papucie
Zamiast nich w lakierkach na podkutym obcasie
Tańczyłbym tańczył
Jak szalony
Wariat
Albo Vincent van Gogh
Z brzytwą w jednej i obciętym uchem w drugiej
A w świat by szedł mój step
Step żarliwy
W którym bym roztrzaskał w błyszczącym ruchu
Kondony ulicy i cabriolety restauracji
Skaliste muzea i ryby samochodów
Wieżę ciśnień z kości słoniowej
Błękitną filharmonię
I przedszkola pełne łez
W takt moich słów i butów obcasów
Poszedłby w wir pęczniejący tłum
Rosyjskich rewolucjonistów
A już na pewno tłum rozdrażniony czekaniem
Na autobus 64
Którego kierowaca szachista podmiejskich skrzyżowań
Gra z kierownicą na każdym przystanku
I mimo iż jego koń nie wytrzymuje
I jak ja zrywa się z wodzów
Koń jest bezsilny pod wzrokiek tyrana
Kiedy ja pod okiem nieba i gorejących sufitów
Jestem pełen czułości ciepła i czegoś jeszcze
Co mogą mi dać zadarte głowy
Coś co snem ich jest
Już u źródeł zabranym Kiedt to sen zamienia się w dotyk
A dotyk w rzeczywistość snu
Lecz tylko na chwilę bo później już jest
To czego ja (bóg samego siebie kilku samochodów i skrawka
marzeń) już nie wiem
Mimo iż wykonuję jedno z najtrudniejszych ćwiczeń
Potrójne salto w przód
Z zamkniętymi oczami i bezbarwną przeszłością
I tuż przed dotykiem drugiego trapezu
Rozkołysanego rytmem zachwyconych głów
Moja ekwilibrystyka zamiera
A w odległości dzielącej wyciągniętą rękę od niklowego drążka
Wytryska kwiat niepewności
Bo to już jest ściana
Ściana cienka jak folia
A taniec zamienia się w krzyk

1974

Pieśń zanucona kasjerce kina Rialto

Królewno kasy biletowej
W otoczeniu twarzy srebrnych jaszczurów
I gasnących spojrzeń słonic
Ty przez której ręce
Przepływają smużki biletów
Błękitnych westchnień
Ty przed którą wierni
Oczekują w milczeniu na łaskę oczu
I dłoni skreślających różowe cyfry
Miejsca w niebie pod księżycem ekranu
Widmowa i przeszklona
Rybo moich marzeń
Sprzedaj chociaż jeden bilet
Na dwugodzinny rejs
Abym nie powrócił

Piątek około północy

Ileż to szczęścia spływa
Kiedy fotele zamykają nas w swoich liściach
A stoły i ściany przelatują
Nagle przez brzuch

Jesteś szczeliną w podłodze wiatrem
Który rozbiera się do naga

Cały dzień tańczę pośród gwiazd
I nie pozmywanych naczyń
I nie wiem czy sen nie wtrąca mnie
Do swoich podziemi
Abym nie oszalał

Och jak rozkwitają wokół mnie kwiaty

Och jak rozkwitają wokół mnie kwiaty
Siadam do stołu kiedy łodyga unosi obrus
Przebija płótno tuż obok tacki i nad nie dopitą
Filiżanką kawy rozchyla płatki
Tuż koło szafy pęka ściana
A niebieska gałąź wdziera się z niemym zadziwieniem
Do pokoju mej duszy