Książki

Books


Metafizyka (Wydawnictwo Literackie)
[2002]
Opis książki
Wydawnictwo Literackie: "Po sukcesach ostatnich obrazów filmowych ("Wojaczek", "Angelus") Lech Majewski – znany w świecie polski poeta, prozaik, scenarzysta i reżyser teatralny oraz filmowy - prezentuje nową książkę. Akcja powieści rozgrywa się w Wenecji, dokąd trafiają główni bohaterowie – Luis, inżynier okrętowy, samotnik zanurzony w świecie symetrii i arytmetyki, i Bea, Włoszka zafascynowana malarstwem Hieronima Boscha, średniowieczną alchemią i mową symboli. Jest tu wszystko, co może zafrapować wytrawnego czytelnika współczesnej literatury – miłość i śmierć w Wenecji, obsesyjna fascynacja sztuką, analiza głębokiego uczucia, rozważania o poszukiwaniu miejsca w świecie i sensu egzystowania we współczesności, zaskakujące koncepty. Powieść pisana jest w formie monologu porażonego nagłą samotnością mężczyzny; Luis usiłuje ze zbioru taśm wideo zmontować film o Bei i sobie, znaleźć i wypowiedzieć prawdę o ich życiu. Wzruszająca historia, gwałtowne uczucia i ich tajemne związki z ponadczasową sztuką – wspaniała lektura dla wszystkich wrażliwych czytelników." (www.wl.net.pl)

Fragment "Metafizyki":

1.

Teraz, kiedy już umarłaś jest mi łatwiej mówić. Przy tobie często milczałem. Wstydziłem się własnej nieumiejętności obcowania ze słowami. Wozimy słowa cudzym pociągiem, po torach ułożonych nie przez nas, nie potrafiąc nic uczciwie powiedzieć nawet na spowiedzi. Nigdy nie lubiłem pociągów skazanych na rygor szyn i samochodów uzależnionych od dróg. Pewnie dlatego podjąłem studia na Akademii Morskiej i zostałem dyplomowanym inżynierem okrętowym.

Muszę mówić, rozmawiać z tobą. Zresztą nikt inny by mnie nie słuchał. Ludzie nie słuchają bliźnich, raczej siebie. I ze słów drugiej osoby wyławiają tylko to, co rezonuje w nich samych. Wiem, że mnie słyszysz. Bowiem zasadziłaś siebie we mnie ziarnami odwagi, miłości, pożądania i poprzez ich ciągły wzrost rozmawiasz ze mną. Ty we mnie mówisz, a ja odpowiadam. I chociaż ciebie już nie ma, umarła twoja biologia, twoje myśli zapuściły korzenie na jałowej ziemi moich.

Wciąż rozpamiętuję twoją śmierć, śmierć w ogóle i niewiele rozumiem. Raczej nic. Jak zresztą wszyscy, ale wolą o tym nie myśleć. Wolą wierzyć w wygodne wyobrażenia siebie w mglistym raju pachnącym lepką puszystością chmur. Dezintegracja, robaki, ziemia, rozpad wysoce zorganizowanych komórek na prymitywne związki wchłaniane przez ziemię, pędy traw, korzenie drzewa pod którym położono zwłoki lub utlenione w płomieniach krematoryjnego ognia – to wszystko, jako niewygodne, niezrozumiałe i niechciane, umyka ich wyobraźni.

Być może rację mają Platończycy i Hindusi, którzy twierdzą że ciało to chwilowa przystań, tymczasowy adres, a czy jest czymś w rodzaju zsyłki, kolonii karnej na wyspie z której nie ma ucieczki, pozostanie zawsze tajemnicą.

Czuję jak się uśmiechasz. Jak bawią cię moje nieporadne spekulacje. Ty śmiejesz się we mnie. A pamiętasz jak w Wenecji dwa miesiące przed śmiercią krzyczałaś przez sen? Obudziłaś się przytulona do mnie z całych sił i odczułaś że nasze ciała stanowią jedność. Pamiętasz? Powiedziałaś, że jestem przedłużeniem twojego ciała. A ja czułem dokładnie to samo. Pamiętasz? Kochanie, pamiętasz?

Ja pamiętam. Zatem moment ten żyje dopóty dane mi będzie pamiętać.

Pamięć jest życiem.

Pamięć...

2.

Co to znaczy, że ktoś istnieje? Czy tylko to, że mogę go widzieć, żywego, poruszającego się, rozmawiać z nim, dotknąć?

Ciebie nie mogę dotknąć, chociaż dotykam tych kilka przedmiotów w których odcisnęłaś formę swego ciała; pantofle na wysokim obcasie z wyślizganą piętą, czarny stanik, woskowe stopery do uszu. Twoja ulubiona sukienka, którą miałaś pod płaszczem na ostatnim spacerze po Ilia de Pietro nie obejmuje już ciała; leży przewieszona przez poręcz łóżka i prowokuje mnie. Kilkakrotnie lądowała w śmieciach, raz niosłem ją do Armii Zbawienia.

Chociaż od twojej śmierci upłynął rok, oglądam cię i słucham. Pierwsze trzy miesiące po pogrzebie które spędziłem w Wenecji nawet nie wiem jak upłynęły. Po powrocie do Londynu zamknąłem się w swoim mieszkaniu i leżałem lub spałem przed telewizorem trawiąc najgłupsze programy, czyli wszystko co telewizja ma do zaoferowania. Codziennie popełniałem harakiri tępym nożem telewizora, aż wypatroszyłem sobie głowę z jakiegokolwiek bólu. Potem urządziłem głodówkę. Nie jadłem nic przez osiem dni, piłem jedynie herbatę z cukrem. Wyłączyłem telewizor i przez pięć miesięcy czytałem wszystko co tylko mogłem na temat śmierci.

A ciebie oglądam już od miesiąca, oglądam i słucham, oglądam i słucham...

3.

To zadziwiające, że obraz jest trwalszy od ciała, ślad trwalszy od życia, tak jakby całe skomplikowane królestwo tkanek, komórek, cząsteczek i atomów wzrastało jedynie, aby się rozpaść, a ślad, zaledwie kilka reakcji elektromagnetycznych na cienkim pasku taśmy – trwa.

Przeglądam stosy kaset, na których zapisałem cię amatorską kamerą video, i nie mogę się zdecydować. Nie wiem gdzie zacząć i jak się to robi, ale pragnę zmontować z tych wszystkich fragmentów coś na kształt filmu – opowieści o tobie, syntezy będącej istotą ciebie.

Kupiłem drugi magnetowid, spiąłem go ze starym, teraz usiłuję montować. Ale nie wiem gdzie zacząć. Jak dodawać do siebie strzępy rzeczywistości, by nie sklecić z nich humunkulusa udającego ciebie. I dlatego zacząłem pisać. Żeby skończyć z chaosem. A także, a może przede wszystkim, by stworzyć ślad – trwalszy od naszych ciał – ślad naszej miłości.

4.

Na pierwszym ujęciu powinnaś leżeć naga na łóżku przy Riva dei Sette Martiri, gdy w głębi w oknie pojawia się ściana statku pasażerskiego. Statek wypływa z Wenecji; grupy pasażerów na galeriach nie płoszą cię, raczej rozpalają, gdyż unosisz się na łóżku i machasz do nich ręką. Przepływające twarze mężczyzn, twoje podniecenie, ogrom statku niemal ocierającego się o okna naszego pokoju, smak podróży drogą morską, słodycz rozstania, to wszystko sprawia, że chociaż nieostre i chaotyczne (gdy usiłuję gwałtowną transfokacją zbliżyć się do twarzy pasażerów) ujęcie jest kwintesencją naszego życia w Wenecji. I przypomina opowieść o Marcelu Duchampie który przez ostatnie dwadzieścia lat życia zamknął się w nowojorskiej pracowni by zbudować realistyczną, pokrytą wygarbowaną skórą i woskiem, rzeźbę brazylijskiej kochanki. Leżąca w rozleniwionej pozycji, z otwartymi udami, była pamięcią kilku wieczorów w których europejski mózg szachisty stajał w promieniach południowoamerykańskiego ciała.

Ale po pierwszym ujęciu nie wiem co montować dalej i znowu opada mnie niemoc. Odczuwam ból, tak że chcę zażyć lekarstwo telewizora i cisnąć kasetami w kąt. I gdy tak siedzę bezmyślnie, nieruchomo, rozpamiętując twoje ciało (Duchamp mógł dotykać swojej kreacji, nawet z nią żył; laboratorium FBI w śladach potu, śliny i spermy na skórze rzeźby odnalazło jego DNA) słyszę, jak mówisz „Jak nie wiesz gdzie zacząć, zacznij od początku”.

5.

Chronologia? Czemu nie. Ostatecznie jakieś siły uporządkowały nasze egzystencje dziwnymi „przed” i „po”, mamiąc nas logiką przyczynowo-skutkową, a my, zagubieni i osamotnieni, wierzymy, że wczoraj poprzedziło dzisiaj, a jutro zastąpi wczoraj, jakby nie rozumiejąc, że jutro i wczoraj są złudzeniami potwierdzonymi jedynie rozpadem materii, jedynym zegarem wszechrzeczy, ową energią ciała lecz nie ducha.

Dobrze. Chronologia. Zatem powinienem zacząć w St. Katharine`s Dock, porcie jachtowym w pobliżu Tower Bridge, owego wiosennego popołudnia, kiedy to zimna wilgoć Londynu przenika aż do kości. Stałaś na trapie przerzuconym między starym dworcem wodnym P&O, a barką osiadłą na oleistym dnie Tamizy, a ja patrząc pod górę, na twoją sylwetkę zarysowaną na tle szarego nieba, z kształtnymi łydkami wyłaniającymi się spod rdzawego palta, poczułem niezwykłe pragnienie. Pragnienie, żeby podejść, przedstawić się i zaprosić do baru obok na talerz gorącej zupy. Lecz stałem na belce zawieszonej nad ładownią barki i nic by się nie wydarzyło, ty wróciłabyś na ląd, a ja do ładowni, ale jak zwykle i na szczęście w naszym związku, miałaś odwagę przemówić pierwsza.

Intrygowało cię jakim cudem barka spoczywa w mule, a nie na wodzie, kto ją tu wciągnął i dlaczego, a moje wyjaśnienia, że Tamiza unosi się o trzydzieści stóp dwa razy na dobę, przyjęłaś z niedowierzaniem.
– Trzydzieści stóp? Ależ to trzypiętrowy dom.
– Tak.
– Pan mnie nabiera.
– Ależ skąd...

Wdrapałem się na trap.
– Luis Malten, do usług – podałem ci wizytówkę.
– Bea Cossan – podałaś mi dłoń.
Pocałowałem ją, co lekko cię zaskoczyło; dzięki tej starodawnej sztuczce, której nauczyła mnie moja polska matka poczułem migdałowy zapach twojej skóry. – Luis Malten, inżynier morski, 13 Evangelist Rd, Kentish Town, London NW 5 - przeczytałaś na głos i uśmiechnęłaś się – Może zjedlibyśmy razem gorącą zupę?

6.

Wypowiedziałaś to, o czym pomyślałem. I zadziwiająca owa synchroniczność zaczęła towarzyszyć nam aż do twojej śmierci. Nie. Wciąż towarzyszy. Nawet teraz.

W pubie ogłuszył nas suchy Irlandczyk w siedmiomilowych butach kowbojskich. Walił po uszach piosenkami Willie Nelsona, jedliśmy więc w milczeniu. Na szczęście amerykańscy turyści kazali lać śpiewakowi rzędy drinków, co uspokoiło go na chwilę. Rozmawialiśmy, a właściwie mówiłaś ty.

Miałaś trzydzieści dwa lata. Powiedziałaś, że jesteś Włoszką urodzoną w Londynie. Twoi rodzice pochodzą z Parmy. Ojciec jest lekarzem. Chwilowo mieszkasz z rodzicami w Hampstead Heath, ale wynajmujesz pokój na Drury Lane. Nie, nie masz męża, ani kochanka. Pracujesz. Jesteś szczęśliwa. Dostałaś pracę w National Museum, a w wolnych chwilach, gdy nie oprowadzasz wycieczek i nie zarzucają cię pracą papierkową, piszesz doktorat z Historii Sztuki.

Przyglądałem się twoim smukłym dłoniom i drobnej twarzy, unikając przenikliwych, mrocznych źrenic, na poły nie wierząc, że tak atrakcyjna kobieta jest samotna, bez sztafażu kręcących się wokół niej samców, na poły zaś zdumiony, że mówisz o swoim doktoracie, podczas gdy ja cały zeszły tydzień konsultowałem z profesorem Hoxterem temat mojego.

Sytuacja była idiotyczna. Krępowało mnie, że jestem brudny, uwalany smarem po pięciu godzinach pomiarów przeprowadzanych na barce. Wiedziałem, że za chwilę odejdziesz i nie byłem w stanie wykonać najmniejszego gestu, czegoś oryginalnego, by cię zatrzymać. Upuściłem tylko łyżkę, celowo, by przyjrzeć się jeszcze raz twoim łydkom. Wyłaniały się z mroku pod krzesłem opięte cielistymi pończochami, zwarte i kuszące. Drażniły mnie tak, że chciałem je ugryźć, ale podniosłem tylko łyżkę, bąknąłem „przepraszam” i słuchałem dalej.

Byłaś przekonana, że z tymi przypływami przesadziłem. Zaprzeczyłem. Wyjaśniłem, że powierzchnia morza najbliżej Księżyca zbliża się do niego, a najbardziej oddalona jeszcze bardziej oddala, dwukrotnie w ciągu dnia, a Tamiza w Londynie jest blisko morza, więc reaguje podobnie. Wyciągnęłaś zeszyt i poprosiłaś bym powtórzył, co powiedziałem. Powtórzyłem. Zanotowałaś. Zapytałem po co.
– Bo po to tu przyszłam. Księżyc jest jednym z bohaterów mojego doktoratu.
– Tak? A o czym jest doktorat?
– O malarstwie Hieronimusa Boscha.

Recenzje